Archiwum kategorii: Wspomnienie – Świadectwo

Narodowy Dzień Pamięci Powstania Warszawskiego

1. sierpnia: święto powołano ustawą z dnia 9 X 2000 r., uchwalonej z inicjatywy prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. W najnowszych dziejach Polski przeżyliśmy tragiczny sierpień 1944, kiedy mieszkańcy Warszawy w zgodnym uniesieniu chwycili za broń, by wygnać wrogów ze swej stolicy. „Nie sposób zrozumieć tego Miasta-Warszawy, stolicy Polski, która w r. 1944 – mówił Jan Paweł II na Placu Zwycięstwa – zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu”.

Przyśniła się dzieciom Polska,
Czekana od tylu lat,
Za którą walczył nasz ojciec,
Za którą ginął dziad.
Przyśniła się dzieciom Polska,
W purpurze żołnierskiej krwi,
Szła z pola bitym gościńcem,
Szła i pukała do drzwi.
I poszli chłopcy w okopy,
Przypadli Polsce do nóg,
Będą walczyli za Sprawę,
„Tak im dopomóż Bóg!”

Trud ojcostwa

 

Aby zostać ojcem, mężczyzna musi się związać duchowo i fizycznie z kobietą. Wraz z narodzonymi dziećmi tworzą wówczas rodzinę. Los rodziny, trwałość ogniska domowego, ciepło ich domu, współtworzą wszyscy jej członkowie, jednak wiodącą rolę mają do wypełnienia rodzice. I tak na ogół jest w większości rodzin. Więź, która łączy wszystkich członków rodziny jest na tyle silna, ile oni potrafią i chcą się włączyć w to wszystko, co składa się na zgodne, szczęśliwe, wypełnione wzajemną miłością obcowanie. Tak zbudowany dom, z którego emanuje radość bycia z sobą, świadomość, że zawsze można liczyć na drugą osobę, przeżywa wielką rozterkę, kiedy któryś z rodziców odchodzi. To odejście może mieć różny wymiar – rozpad małżeństwa, separacja czy śmierć. Wszystko wówczas nabiera innego koloru, niektórzy nie potrafią sobie z tym poradzić. Zostaje zburzony spokój i poczucie pewności, że życie będzie się teraz toczyć dotychczasowym trybem. Bo życie po utracie kochanej osoby nie będzie już takie samo. Jednak, jeżeli rodzina żyła zgodną miłością wzajemną, potrafi uszanować to wszystko, co pozostało po śmierci matki lub ojca. Każdemu z rodziców, który traci swego życiowego partnera, jest bardzo trudno dalej żyć. Dodatkowe obowiązki go nieraz przerastają, po ludzku nie daje rady. Na ogół lepiej z tym radzą sobie wdowy, które potrafią swą miłość przelać na dzieci, tym większą, jeżeli są to dzieci małoletnie. Ich macierzyństwo objawia się teraz dodatkowymi walorami, ale przecież możemy sobie wyobrazić, jak im jest trudno. Zupełnie inaczej wygląda życie rodziny po utracie matki. Ojciec nie zawsze potrafi kontynuować to wszystko, co było udziałem rodziny przed utratą matki jego dzieci, jego żony. Moje doświadczenie w tym temacie na pewno nie rozwiąże wszystkich problemów, jakie stają przed ojcem, któremu nagle przyszło być dla dzieci nie tylko ojcem, ale w miarę możliwości zastąpić dzieciom matkę. Dzieje się tak w przypadku, gdy ojciec pozostaje z małymi dziećmi. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak takiemu ojcu musi być ciężko. Mnie to spotkało, gdy nasze dzieci były już usamodzielnione. Moja samotność wymagała jednak pewnych zachowań, które jak zamierzałem, po latach oceny mogę stwierdzić, że się sprawdziły. Najważniejszym postanowieniem była decyzja, by żyć tak, jak nasze życie przebiegało, gdy byliśmy razem, z poszanowaniem tego wszystkiego, co budowało nasz szczęśliwy dom. Oczywiście nie wszystko się udawało, gdyż próbować, to nie znaczy osiągać zawsze zamierzony cel. Rady, których np. udzielałem memu synowi, nie zawsze potrafiłem przekazywać w takiej formie, jakby to czyniła matka. Ale to mnie również uczyło, gdy syn reagował w ten sposób mówiąc, że mama by go zrozumiała, ale potem „ w uścisku płakaliśmy oboje”, gdy mu odrzekłem, że mi też jest ciężko. Taki mały epizod uzmysłowił mi, że ten dorosły już przecież syn, pozostaje nadal pod silnym emocjonalnym wpływem, który w jego życiu zaistniał po utracie matki. I wtedy zdałem sobie sprawę, czego moje dorosłe już dzieci, mogą po mnie oczekiwać. Dzisiaj, kiedy od śmierci małżonki upłynęło już wiele lat, moje ojcostwo – oczywiście w mojej, zapewne nieobiektywnej ocenie – nie różni się w zasadzie od pierwszych lat, gdy zostałem wdowcem. Utrzymujące się wzajemne, poprawne relacje między mną a dziećmi, są zapewne efektem ich obserwacji, jakie mogli poczynić za życia małżonki, z czasu, gdy żyliśmy razem, ale i z okresu, gdy przypatrują się, jak ich ojciec rozwiązuje swoje życiowe problemy w samotnym życiu. Jeżeli może to komukolwiek pomóc, to wyznam, że człowiekowi wierzącemu jest zapewne łatwiej przejść ten etap życia, kiedy zaufa Bogu i przyjmie z pokorą los, który stał się jego udziałem, pamiętając jednak, że innych mogła spotkać trudniejsza sytuacja życiowa, a swój krzyż trzeba nieść godnie i wierzyć, że Bóg nie pozwoli Tobie upaść, jeżeli wierzysz i prosisz Go o pomoc. On nigdy nie zawodzi i to jest droga do naszego wspólnego spotkania w przyszłym życiu, bo przecież nas tylko czas rozłączył.

W hołdzie – polskim Ojcom !
Dzień Ojca – to dzień, w którym dzieci, bez względu na wiek, w najróżniejszy sposób pragną okazać swoją wdzięczność i miłość za wszystko, co ojciec – przez cały okres ich dzieciństwa, dorastania, a przecież i często dorosłości – dla nich uczynił. Bo w życiu każdego ojca był czas, gdy on stawał przed dylematem, jak pogodzić potrzeby dorastających dzieci w sytuacji, gdy materialne zabezpieczenie okazywało się niewystarczające. Ale on przecież kocha swoje dziatki, cóż było mu czynić; podejmował nieraz dodatkowe prace, które choć nadszarpywały jego zdrowie i siły, to jednak nie wahał się – bo wiedział, że taki jest jego ojcowski obowiązek. I tak jest przecież zawsze, nie ma takiego ustroju, który gwarantowałby równy, godziwy standard życia wszystkich członków społeczeństwa. Ale choć przez chwilę spróbujmy sięgnąć głębiej do dramatów ojcowskich. Nie chodzi tu o rozpamiętywanie tragedii, które powodowały historyczne wydarzenia, ale to właśnie one rozdzierały ojcowskie serca, które pękały z bólu i bezradności w sytuacji, w której przyszło im się znaleźć. Wczujmy się zatem w to, co przeżywali ojcowie rozdzieleni ze swoimi rodzinami, ze swoimi ukochanymi córeczkami, synkami, gdy znaleźli się w Katyniu, Dachau, Auschwitz i w tych wszystkich miejscach ziemskiego piekła, gdzie świadomi swej bezradności, a przecież i często świadomości, że już ich nigdy nie zobaczą – cóż oni tam przeżywali. Ile wewnętrznej rozterki musieli znosić, a do tego przecież cierpieli fizycznie z głodu i wycieńczenia. Byli przecież najczęściej na progu swojej drogi życiowej, mieli tyle planów, ich miłość dopiero rozkwitała, a już musieli zmierzyć się z osobistą tragedią. Jak ta pozostawiona, ukochana małżonka, jak ona sobie poradzi z tymi małoletnimi dziećmi, jak je wykarmi, przecież on był często jedynym żywicielem rodziny. To ich jeszcze bardziej osłabiało i czyniło bezradnymi. Dlatego, my jesteśmy dzisiaj tym wszystkim ojcom, tatusiom winni wdzięczność za ich patriotyzm, za ich przywiązanie do Ojczyzny, bo przecież za to ich uwięziono, katowano i uśmiercono. Mimo tych osobistych tragedii pozostali wierni swoim przekonaniom, wierni Bogu, Ojczyźnie i swoim najbliższym. Kochani Ojcowie – ofiary Katynia, hitlerowskich obozów śmierci i wy wszyscy, którym odebrano życie za to, że nie wyparliście się wolnej Polski pamiętajcie tak, jak my pamiętamy. Mimo, że nas rozdzielono, mimo że zabrano nam dzieciństwo, a Wam ojcostwo, jesteśmy z Was dumni, że mieliśmy takich ojców, którzy mimo, że nie mogli być świadkami naszego wzrastania, nie mogli dzielić ze swymi małżonkami trudu wychowania, zachowali do końca swą godność, choć tak ją zszargano. Dzisiaj ogarniamy Was naszą modlitwą o spokój Waszych dusz, o wynagrodzenie Waszych ziemskich cierpień. Niech dobry Bóg, nasz wspólny Ojciec Niebieski, w swej nieskończonej miłości obdarzy Was szczęściem wiekuistym i należnym spokojem. W tym ziemskim Dniu Ojca, jesteśmy z Wami wszystkimi i ślemy Wam gorące zapewnienie, że pamiętamy o Was, o heroizmie Waszego życia, o miłości, którą nas obdarzaliście, którą odwzajemniamy.

Janusz Marczewski

Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego ! Chleba naszego powszedniego, daj nam dzisiaj !

 

Tytuł, jak i treść niniejszego artykułu, wywołał w mej świadomości publikowany przez jedną ze stacji telewizyjnych cykl reportaży filmowych pn. „Świadkowie”. W czasie, gdy wspominamy mord dokonany przed 80.laty na naszych obywatelach, elicie przedwojennej Polski, mordzie władz sowieckich na więźniach obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie, wspominamy również tych wszystkich, którzy byli deportowani w głąb Związku Radzieckiego, w odległe od Ojczyzny tereny Kazachstanu, Syberii. Jednym z nich, świadków tamtych wydarzeń – o którym wspomina prezentowany na wstępie reportaż „Świadkowie” – był p. Mieczysław Pluta, który spędził na stepach Kazachstanu 6 lat i 3 miesiące, i szczęśliwie powrócił do rodzinnego Białegostoku. W wyjątkowo barwnej i wielce wzruszającej opowieści, mogliśmy poznać trud życia – przez te 75 miesięcy – w warunkach klimatu Kazachstanu, życia w ziemiankach, przy 40-stopniowym mrozie, gdzie chleb był najbardziej cenionym pokarmem. Nie chcę tu relacjonować przebiegu tego publikowanego reportażu, natomiast próbuję skoncentrować się na wartościach „chleba” – tego „naszego powszedniego”, który tam, w tych ekstremalnych warunkach życia, był „na wagę złota”. Na kanwie tamtych wydarzeń, wspominanych przez świadka p. M. Plutę, pojawiła się u mnie refleksja, w wyniku której wybrałem tytuł mego artykułu. W stosunkach polsko-rosyjskich jak wiemy, historia odnotowała wiele zdarzeń, które rzucają cień na życie naszych narodów, w zdecydowanej większości nie z winy obywateli Polski. To wszystko ma wpływ na dzisiejsze relacje, ale myślę, że uczciwość historyczna, uczciwość nas chrześcijan, stawia przed nami wymóg odkrywania prawd, może zdarzeń epizodycznych, ale faktów, które odkrywają prawdziwe oblicze, przynajmniej niektórych przedstawicieli narodu rosyjskiego. Pan M. Pluta, ze łzami w oczach, mówił o „chlebie”, który przynosili im Rosjanie, zwykli mieszkańcy tamtych regionów, ludzie, jak mówił, mający słowiańską duszę. Oni też narażali się na szykany ze strony totalitarnego systemu, ale potrafili dostrzegać trudny los naszych zesłańców. O podobnym zachowaniu mieszkańców miejsc zsyłek obywateli polskich, relacjonował mi, nieżyjący już mieszkaniec naszego miasta, p. Artemiusz Ihnatowicz, który był również zesłańcem, któremu też udało się przeżyć kilkuletnią zsyłkę. Kiedy mówił o trudach swej pracy /był inżynierem drogownictwa/, to jednocześnie zawsze podkreślał, że w wielu przypadkach zaznał /nie tylko on/ pomocy ze strony Rosjan. Wielce wymownym przykładem jest wspominany epizod z przeżywanej tam wigilii świąt Bożego Narodzenia. Zgromadzeni w jakimś pomieszczeniu, może ziemiance lub baraku, nie mając „Opłatka”, dzielili się uformowanymi z chleba „kuleczkami”. Zaintonował też ktoś polską kolędę, którą zebrani ochoczo podjęli. W pewnym momencie do pomieszczenia wszedł nadzorujący ich strażnik. Wszedł i zaczął słuchać śpiewu – jak mówił mój rozmówca – nie wie, czy rozpoznał treść słów śpiewanej kolędy, ale po pewnym czasie zdjął z głowy „uszankę”, po czym wyszedł bez słowa. Jakie było ich zdziwienie, gdy po chwili powrócił do nich ponownie i przyniósł im bochenek chleba. Mój rozmówca tylko do mnie rzekł: „możesz sobie wyobrazić, czym to było wtedy dla nas, i jak ten gest, w tę wigilijną noc nas wzmocnił duchowo i przywracał wiarę w ludzi, w tych nieludzkich tam warunkach”. Oczywiście ja nie będę tu tworzył własnego komentarza do tamtej chwili. To trzeba było przeżyć, a my możemy jedynie na własną potrzebę, wczuć się w tamtą trudną do wyobrażenia atmosferę, aby poznać własne zdanie. Dlaczego postanowiłem podjąć ten temat na łamach naszej gazetki parafialnej ? A no choćby po to, byśmy mimo wielu uprzedzeń, potrafili, może choć raz, pamiętać o tym, że w tamtych nieludzkich warunkach, byli też przedstawiciele człowieczeństwa, którzy potrafili okazywać „ludzką twarz”, może kierując się tym przykazaniem miłości „miłuj bliźniego swego, jak siebie samego”; oni zapewne też byli chrześcijanami.

Janusz Marczewski

Ks. bp Józef Zawitkowski: Czy Bóg stworzył koronawirusa?

Była Środa Popielcowa w Roku Pańskim 2020. Ksiądz w kościele posypał mi głowę popiołem i powiedział: Pamiętaj biskup, że jesteś prochem i w proch się obrócisz. Powinienem się obrazić, bo mam swoją godność, i nikt mnie nie będzie obrażał                                     i nazywał – prochem. Nie! Jak to dobrze, że jest taki dzień w roku, że ktoś mi powie prawdę, bez kadzideł, wierszyków, kwiatów i laurek. Prochem jestem, ale wiem,
że w tym glinianym naczyniu swojego ciała, noszę tchnienie Boga, a to tchnienie nie umiera.
Non omnis moriar, (Wergiliusz), a Mickiewicz powie mi inaczej: Czymże ja jestem przed Twoim obliczem, prochem i niczem, ale gdybym Tobie moję nicość wyspowiadał, ja proch, będę z Panem gadał. Ja wiem o tym, że z Boga i w Bogu
jest moja wielkość: Czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz, albo Syn Człowieczy,
że o nim masz pieczę. (Ps 8,15) Oczywiście mnie niewiele mniejszym od aniołów.
Czym się Panu odpłacę, a wszystko co mi wyświadczył? Dziękuje Ci, Boże,
żeś mnie tak cudownie stworzył i w swoje dzieło tyle cudów włożył. Człowieku,
gdybyś wiedział jaka Twoja władza, że o każdą myśl Twoją walczą szatan i anioły…
Czy Ty w piekło uderzysz, czy w niebo zaświecisz? (A. Mickiewicz)

Jestem dla siebie wielką tajemnicą i niespokojne jest moje serce, dokąd nie spocznie                  w Panu. (Augustyn) Wirus – to jakiś dla nas znak!

***

A w tę właśnie środę dochodziły z daleka i nie śmiało głosy, że gdzieś daleko
jest śmiertelna choroba, którą przynosi jakiś koronawirus. Przychodzą więc człowiekowi do głowy różne myśli: To dlaczego Pan Bóg stworzył takie śmiercionośne stworzonko?
Szukam odpowiedzi. Czytam więc Księgę Rodzaju i przy każdym dniu stworzenia
jak refren powtarza się wers: I zobaczył Bóg, że było dobre. I zobaczył Bóg, że wszystko, co stworzył, było bardzo dobre. (zob. Rdz 1,1-31)

A człowieka uczynił Bóg z mułu ziemi, ale na Swój obraz i Swoje podobieństwo. (Rdz 1,27)

Stał się grzech. Przez grzech przyszła śmierć i wszystko, co do niej prowadzi.
Z ziemi jestem wzięty i do ziemi wrócę, ale nie wszystek umrę, bo noszę w sobie
tchnienie Boga, a to jest wieczne.

***

Mówię to wszystko dlatego, że mówienie o śmiercionośnym koronawirusie stało się rzeczywistością. Piszę to w dniu 12 marca br. w Polsce są zarażone 44 osoby, jedna zmarła. Wszystko stało się groźne, wszyscy musimy być roztropni i nawzajem za siebie odpowiedzialni.Ogłoszono już pandemię, bo epidemia objęła cały świat. Najbardziej cierpią Włosi.
Ponoć zlekceważyli zakaz zgromadzeń, a studenci i szkolniaki zamknięcie szkół
potraktowali jako ferie.
Roznieśli więc zarazę. Wirus dotarł i do Watykanu. Zamknięto kościoły, nawet Papież
schronił się za telebimem.
I co na to Pan Bóg? Widzi i milczy? To jeszcze za wcześnie na odpowiedź.
Co nam mówi o tym Pismo Święte? W Księdze Liczb jest opisane takie wydarzenie:
Żydzi szemrali przeciw Bogu i przeciw Mojżeszowi: Po coście nas wyprowadzili
z Egiptu? Żebyśmy wyginęli tu na pustyni? Totalna opozycja. I zesłał Bóg na nich
węże jadowite… zginęło bardzo dużo Izraelitów. Prosili więc Mojżesza:
Wstaw się za nami, żeby Bóg oddalił od nas karanie, bo szemraliśmy przeciw Bogu.

Mojżesz zawsze wstawiał się za wybranym narodem. Ocal nas. Przecież nie wyprowadziłeś nas z domu niewoli po to, aby nas wytracić? Jesteśmy przecież Twoim narodem. Nie wydaj na zatracenie swojego dziedzictwa. Wtedy Bóg rzekł do Mojżesza: Sporządź węża i zawieś go na palu. Każdy kto spojrzy na węża będzie ocalony. (Lb 5,15) I tak było. Jest Wielki Post i czytam w Ewangelii Janowej:
Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni tak trzeba, aby i Syn Człowieczy był wywyższony, a każdy kto spojrzy na Niego z wiarą będzie miał życie wieczne. (por. J 3,14-17) Coś mi to mówi.

***

Bardzo wiele starań ponieśli: prezydent, premier, minister zdrowia, minister obrony, oświaty, kultury, administracji, cała służba zdrowia, straż graniczna i inni.
Bóg Wam zapłać. Zmęczeni jesteście. Modlimy się za Was. Bóg wasz los odmieni ku dobremu. Chyba wszyscy Polacy poczuli się odpowiedzialni za siebie i innych.
Odwołano wszystkie zgromadzenia, imprezy, szkoły, kina, teatry. Ludzie wykupili żywność. Dobrze! Niech im starczy na długo, niech będą spokojni. Ale totalna opozycja choć podpisała ustawę sejmową ma za złe rządowi, że za późno, że za mało
i wszystko źle.
Kiedy ty zmądrzejesz, głupia panno? I co będzie dalej? Ktoś ze znających sprawę mówi, że to dopiero się zaczęło. A co na to Kościół? Podziwiałem mądrość Rządu
że na początku żaden z ministrów nie wydał zakazu odnośnie zgromadzeń w kościołach. Premier prosił o modlitwę i czekał na decyzję biskupów. Mądre są zalecenia Episkopatu: możemy korzystać ze Mszy radiowych, telewizyjnych,
księża zwiększą ilość Mszy Świętych, aby były mniejsze zgromadzenia wiernych,
znak pokoju przez skłonienie głowy. Komunia Święta na rękę, a to już rodzi pytanie:
Czy to Pan Jezus jest nosicielem wirusa? Dziękujemy Przewodniczącemu Episkopatu
za mądre orędzie. Tak mówią prorocy i kapłani Boga.

**Jestem starcem, schorowanym, wybudzonym ze śpiączki, mogę więc spokojnie myśleć, słuchać, dziwić się i obawiać. Mogę modlić się z tymi, co się modlą,
patrzeć na przerażenie bezbożnych, modlić się za tych, co służą tak ofiarnie,                                      a z nadzieją. Wołam więc samotnie: Święty Boże… Od powietrza, głodu, ognia i wojny
wybaw nas, Panie! Spostrzegam jak inne jest myślenie ludzi współczesnych
od myślenia ludzi, co żyli przed nami. Stoi w Łowiczu krzyż, który przypomina epidemię cholery. Jest w Żychlinie – cmentarz choleryczny, znana była epidemia dżumy, tyfusów i innych zakaźnych chorób. Ludzie współcześni mają zaplecze całej służby zdrowia. Słuchają zaleceń znawców zagadnienia. Byłem zbudowany troską
radia i telewizji i modlitwą wiernych. Tylko trzecia osoba w państwie potrafi ominąć wszystkie zalecenia i być ponad prawem. A to więcej niż grzech, to wstyd.

Ojcowie nasi mieli większą wiarę i większe w Bogu zaufanie niż my.
Opozycja mi powie: bo byli ciemni i głupi. Nie, byli od nas lepsi! Dziś bezbożni przejęli rządy nad światem. Usiłują decydować o życiu, o śmierci, o dobrem i złem.
A ostrzegał Bóg: Nie dotykajcie drzewa życia, bo umrzecie! (por. Rdz 2,17)
Grzechy Sodomy chcą uczynić prawe. Procesje bezbożne, profanacje krzyżów, ołtarzy,
obrazu Matki Bożej i bluźnierstwa przeciw Bogu i Jego Świętym. Może wystarczy.
Straszne zło ogarnęło ziemię. Czyżby Bóg jeszcze raz żałował, że stworzył człowieka? (por. Rdz. 6,7) To musiało się kiedyś tragicznie skończyć, bo aniołowie zła są po to,
aby zniszczyć każde dzieło Boga i to największe – człowieka. Grzech człowieka jest źródłem wszelkiego zła. A grzech nasz stał się ogromny! A ja mam mądrość
Świętej Żydóweczki Edyty Stein: Człowiek bezbożny, to osobowe, intelektualne
nieszczęście. To przecież widać, słychać i czuć przez szkło telewizora.
Bezbożni powiedzą: To Wasza Święta. Nauka mówi inaczej. To mam bezbożnego
który mówi tak o człowieku: Wychowajmy najpierw człowieka, bo gdy zaczniemy od polityki, to wychowamy politycznie uświadomioną bestię. (Igor Newerly)

A ja takich politycznie uświadomionych bestii bardzo się boję. Przez nich tyle zła na świecie. Człowiek człowiekowi zgotował ten los. Jeśli Bóg nie stworzył koronawirusa to kto? Nie wiem. Politycy wiedzą, nawet o tym jawnie mówią. Ja tylko wiem dlaczego była ptasia grypa. Spalono wtedy tysiące polskich farm drobiu. Była też świńska grypa, aby do dołów poszły tuczniki wielu naszych hodowli. Więc skąd koronawirus?
Może ktoś świadomie, albo z głupoty otworzył puszkę Pandory, aby rzucić na kolana
światową gospodarkę i światu pokazać, że i w Grenadzie też zaraza. Będą wiedzieć
ci co przeżyją. I już wiadomo. A ja dalej pytam, co Kościół na to? Wolę patrzeć na tych z przeszłości, co wiarę mieli większą niż dżuma i cholera. Mądry jest Kościół
Matka moja, a co z wiarą? Święty Kardynał Boromeusz biskup Mediolanu w czasie zarazy nie zamykał Katedry, ale w procesji z Najświętszym Sakramentem obchodził miasto z modlitwą. Przebacz, Panie przebacz, ludowi Twojemu, a nie bądź zagniewany na nas na wieki. I Bóg wysłuchał. W czasie chorób zbiorowych kościoły stawały się szpitalami, a święte siostry, święci bracia narażali życie, aby chorzy
mogli umierać jak ludzie. Siostro! Ja bym tego za milion dolarów nie robił.
Bo pan jest bezbożny, a ja wierzę w Boga. O mój Święty Rochu, święty Szymonie                                  z Lipnicy, Ojcze Damianie, Ojcze Bejzymie, Święta Tereso z Kalkuty, Siostry Szarytki.
Rzućcie jeszcze raz z samolotu tysiące cudownych medalików, aby ocalony był Paryż. Matko Boska Łaskawa, Święty Andrzeju Bobolo, błogosławiony Władysławie                                        z Gielniowa! Pod kolumną Zygmunta, na Placu Zamkowym uklękła wtedy Warszawa wierzących i śpiewała z wiarą: Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny…                        Od powietrza, głodu ognia i wojny – wybaw nas . Krzyża Nowego Sącza, Was to Bóg wysłucha. Zlękli się zarazy i ludzi Kościoła. Słusznie, ale trzeba spytać: Gdzie się podziała nasza modlitwa, co czyniła cuda? Przestaliśmy się modlić. Za mało się modlimy, źle się modlimy! Pominęliśmy Boga, staliśmy się podobni do bezbożnych.
A gdybyśmy się nawrócili jak Niniwici, czyż Miłosierny nie zlitowałby się nad nami?
Na pewno tak! Tu trzeba naprawdę uwierzyć, że Bóg może nas ocalić. Jesteśmy sanitarnie, administracyjnie liturgicznie w miarę poprawni, ale to dziś nie wystarczy.
Zachowanie liturgicznej ostrożności, to za mało. To nie Pan Jezus roznosi wirusa.
Trzeba mieć czyste serce i czyste ręce. I nie bójcie się! (Mt 14,27) Nie wystarczą poprawne paciorki, litanie i koronki. Tu trzeba żebrać, tu trzeba krzyczeć i kołatać,
żebrać, krzyczeć i kołatać, ale z wiarą ewangelicznej Syrofenicjanki i Kananejki.

Jezu, a jeśli mnie nie wysłuchasz to się poskarżę Twojej Matce. Tu trzeba nam ludziom epidemii uklęknąć, nawrócić się, nie udawać niewierzących.

Trzeba się wyspowiadać przed Bogiem i przed ludźmi. Moja bardzo wielka wina!
Czy Bóg wysłucha? Wysłucha. Kto z Was się Mnie dotknął? (Mk 5,30) Wiara Twoja Cię uzdrowiła. (Mk 10,52) Pozwól szczeniętom zebrać okruchy spod stołu ich panów.
Ja takiej wiary wśród Was nie widziałem. (Mt 8,10) Taka wiara góry przenosi.
Taką wiarą wzruszy się Bóg. Polacy posłuchali nakazu. Na Mszach Świętych było mniej niż 50 osób. A mnie przychodzi do głowy Abrahamowe targowanie się z Bogiem: A jeśli będzie 10-ciu sprawiedliwych ocalisz to miasto? Tak! Nie było dziesięciu. I to pomoże?

Pomoże, bo ludzie staną się lepsi, a może przestaną plwać na siebie i żreć jedni drugich, (por. A Mickiewicz) a może przypomną sobie, że jednego mamy Ojca w niebie, a matką jest nam ziemia miła, co nas zbożem swoich pól jak mlekiem wykarmiła.                                              (M. Konopnicka) a może przypomną sobie, że tu królową jest sama Matka Boża                                    i wyproszą, aby i teraz był Cud nad Wisłą. a Ona niech okazała, że jest Matką.

***

Z potrzeby serca dzielę się z Wami wiarą, modlitwą i nadzieją. Bracia Czcigodni!
Jest Wielki Post. Spójrzcie na krzyż z wiarą, a będziemy ocaleni. Umrze wirus,
a zmartwychwstanie Chrystus, Zwycięzca zła i śmierci. I będzie Wielkanoc,
a w czerwcu stanie w aureoli świętości Wielki Prymas Tysiąclecia i powie bezbożnym:
Non possumus! a nam, którzy ocaleli powie: Kocham Was więcej niż własne serce!
bo Nic nad Boga (W. Poll) i Któż jak Bóg? Zatęsknią ludzie za Komunią Świętą.
To są znaki czasu, trzeba nam je rozpoznać. A Duch Boży odnowi oblicze ziemi.
Patrzcie jak się zmienia! (por. C.K. Norwid) i będzie nowa ziemia i nowe niebo,
bo dawne rzeczy przeminęły. Ucałuje się sprawiedliwość i pokój i wierność z ziemi wyrośnie. (por. Ps 85) Niech no tylko zakwitną ogrody. Amen.

 

Ostańcie z Bogiem – Ludzie Kochani!

Łowicz, 12.03.2020r.

Odszedł wielki Pasterz, Ojciec i Patriota … śp. Ks. Bp Stanisław STEFANEK TChr.,

 

Jeszcze w noworoczny dzień długo rozmawialiśmy o Ojczyźnie, rzeczywistości Kościoła, o kapłaństwie i trudach dnia codziennego … Biskup Stanisław nie użalał się na swój stan zdrowia, jak zawsze był pogodny, podtrzymywał na duchu i wskazywał „drogę działania i posługi”. Od wielu lat, gdy tylko byłem w potrzebie, gdy było mi ciężko i źle, zawsze mogłem liczyć na radę, wsparcie i otuchę bpa Stanisława. Nigdy nie odmawiał rozmowy, nawet na trudne i unikane przez innych tematy, zawsze miał czas i dobre słowo. Wysłuchując starał się nieść realną pomoc. Ze wzruszeniem wspominam nasze kilkudniowe spotkania w Lubinie w parafii św. Maksymiliana Kolbe, w diecezji legnickiej, w czasie rekolekcji wielkopostnych, każdego wieczoru po nieszporach, bp Stanisław mówi do mnie: „Dariusz idziemy do ciebie na ziarenko kawy, tudzież listek herbaty i będziemy debatować o Polsce i Kościele”. Zaiste, to były długie, wyjątkowe i pouczające „wieczorne Przyjaciół rozmowy” …
Będzie mi bardzo brakowało tych pasterskich rad, uwag i podpowiedzi, które zawsze były dla mnie prawdziwym drogowskazem na kapłańskiej drodze życia. Później ks. bp Stanisław jeszcze raz mnie odwiedził, 5 lutego ubr. i wygłosił homilię w czasie mojego srebrnego jubileuszu kapłaństwa.
Biskup Stanisław był wyjątkowym kaznodzieją, wybitnym erudytą i doskonałym oratorem. Jego homilie i kazania były zawsze treściwe, głębokie i niosły przesłanie. Ja zaś w gronie przyjaciół i kapłanów zawsze dobitnie zaznaczałem, że ks. biskup Stanisław to jest nasz „współczesny ks. Skarga”!
Gdy od ok. 2 tygodni był już w szpitalu w Lublinie, również byliśmy w kontakcie, w jednym z ostatnich sms-ów napisał mi: „módlmy się żarliwie za Kościół Święty i za Ojca Św.”! Biskup Stanisław, jako następca apostołów bezgranicznie był zakochany w Kościele Chrystusowym, namiętnie kochał Ojczyznę – Polskę, zawsze był obrońcą i promotorem Prawdy, rodziny i człowieka.
Nadszedł 17. dzień stycznia, przed godz. 18.00, w czasie mojej kolędowej posługi rozdzwoniły się telefony i otrzymałem kaskadę sms-ów, jeden z nich odczytałem od ks. bpa Ryszarda Karpińskiego: „Dariusz, zmarł w Lublinie nasz Przyjaciel, biskup Stanisław Stefanek”! Nogi mi się zatrzęsły, załamał się głos, a łzy same spadły po policzku …
Boże, dlaczego teraz? Dlaczego odchodzi mądry, światły pasterz Kościoła i odważny Świadek Chrystusa w czasie, gdy bardzo potrzebny jest Jego jasny i mocny głos pasterski, gdy niezbędna jest Jego nieugięta i bezkompromisowa postawa dla współczesnych dziejów naszej Ojczyzny i dla „rozkołysanej łodzi Kościoła”, w czasach, w których inni milczą i lękają się krytyki środowisk lewackich i libertyńskich.
Ksiądz biskup Stanisław nieustannie troszczył się o krystaliczny ewangeliczny przekaz, jasne pouczanie rodaków i głoszenie zdrowej, jednoznacznej nauki Kościoła.
In omnibus Christi” czyli „We wszystkim Chrystus” – tak brzmiało Jego zawołanie biskupie, które miał zapisane w herbie i którym kierował się w całym pasterskim życiu i posługiwaniu. Taki też tytuł nosi Jego wyjątkowa książka, którą wszystkim z serca polecam i na podstawie której można wyrobić sobie osobistą ocenę tego wspaniałego i wyjątkowego Biskupa i Człowieka.
Tak – „We wszystkim Chrystus” tu na ziemi i teraz w Niebie!
Umiłowany Biskupie Stanisławie, pamiętaj o nas z wysokości Nieba i spoczywaj w Pokoju!

ks. Dariusz W. Andrzejewski

Spotkałem Świętego … Wspomnienia z lat 70-tych z rodzinnego Wągrowca.

Zapowiedź długo oczekiwanej beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia, Stefana Kardynała Wyszyńskiego w przyszłym roku ucieszyła mnie bardzo i ożywiła wspomnienia, jakie z postacią tego Wielkiego Polaka i Księcia Kościoła osobiście wiążę. Nie ukrywam, że Prymas Wyszyński, jest moim duchowym Ojcem i Mistrzem Chrystusowego Kapłaństwa, z którego wielkiej spuścizny duszpasterskiej staram się nieustannie czerpać, jako kapłan z 26-letnim stażem.
Miałem dar i zaszczyt wielokrotnie spotykać Księdza Kardynała w moim rodzinnym Wągrowcu, gdy już jako mały chłopiec zacząłem aktywnie uczestniczyć w życiu lokalnego Kościoła – mojej parafii.
Był grudzień 1971 roku, zaraz po Świętach Bożego Narodzenia przeżywaliśmy kolędę – duszpasterskie nawiedzenie rodzin. Z kolędową wizytą przybył do naszego rodzinnego domu ks. prałat Zenon Willa, proboszcz parafii poklasztornej i dyrektor Archidiecezjalnego Domu Księży Emerytów im. Ks. Jakuba Wujka w Wągrowcu (1968-1984). Po wspólnej, rodzinnej modlitwie i odśpiewaniu kolędy, ksiądz prałat przywołał mnie do siebie, abym mu wyrecytował „Wierzę w Boga” i „Ojcze nasz”. Miałem wtedy 5 lat i widocznie dobrze zdałem swój pierwszy „mały egzamin”, gdyż ksiądz prałat stanowczym głosem stwierdził „w najbliższą niedzielę razem z bratem Irkiem przyjdziesz do klasztoru na 12.15 i będziesz ministrantem”!
Tu wszystko się zaczęło, tu zostałem ochrzczony, przyjąłem I Komunię Świętą, sakrament bierzmowania, tu się wychowywałem, tu uczęszczałem na katechezę, spotykałem dobrych i szlachetnych kapłanów … Mury klasztoru pocysterskiego stały się moim drugim domem, gdyż całe moje dzieciństwo, lata dorastania, młodość – prawie każdego dnia tygodnia spędzałem w klasztorze. Poznałem tu każdy zakątek, każdą przestrzeń kościoła i klasztoru od strychu po katakumby pod ołtarzem głównym. A gdy doskwierała sroga i mroźna zima, to zachęcony i przy aprobacie dobrego i troskliwego ks. prałata Zenona Willi, mogłem nawet przenocować nie jeden raz w klasztorze pocysterskim, gdyż do rodzinnego domu miałem ponad 3,5 km. zaśnieżonej drogi.
Jakby dopełnieniem tego wszystkiego były święcenia kapłańskie, których udzielił mi w rodzinnej parafii poklasztornej w Wągrowcu, ks. bp Bogdan Wojtuś, w sobotę 05 lutego 1994 roku, nazajutrz zaś, w niedzielę 06 lutego 1994 roku w tym samym kościele poklasztornym odprawiłem Kapłańskie Prymicje, a homilię prymicyjną wygłosił mój dawny Wychowawca i Przyjaciel Domu – moich Rodziców, ks. infułat Zenon Willa, już jako proboszcz Bazyliki Prymasowskiej w Gnieźnie.
W Domu Księży Emerytów w Wągrowcu (1968 – 1997) posługiwało zawsze kilkanaście Sióstr Elżbietanek z Prowincji Poznańskiej. W latach 70-tych XX wieku przełożoną wspólnoty zakonnej była s. M. Hiacynta Maciejewska CSSE, koleżanka z ławy szkolnej ks. bpa Jana Czerniaka. Przez długie lata na furcie klasztornej posługiwała dobrotliwa s. M. Bonawentura, a lubianą i szanowaną przez dzieci i rodziców była nasza katechetka, s. M. Bożena Chermuła CSSE. W latach 70-tych w Domu Księży Emerytów przebywało ok. dwudziestu kapłanów seniorów z archidiecezji gnieźnieńskiej i poznańskiej.
Należy także podkreślić, że Archidiecezjalny Dom Księży Emerytów w Wągrowcu był jednym z pierwszych w tamtych latach w Polsce, został erygowany 23 kwietnia 1968 roku przez J. Em. ks. kard. Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Polski, który później tak wspominał: „Największą radością po odbudowującej się katedrze jest dla nas Wągrowiec. Dużo już słyszałem o Domu Zasłużonych Kapłanów w Wągrowcu, ale to, co zobaczyłem, przewyższa moje pojęcie”.
Stefan kard. Wyszyński, Prymas Tysiąclecia często i chętnie odwiedzał Wągrowiec, a szczególnie Dom Księży Emerytów. Czynił to m.in. w towarzystwie bpa Lucjana Bernackiego, bpa Jana Czerniaka, bpa Jana Michalskiego lub swego kapelana i osobistego sekretarza, ks. prałata Józefa Glempa, byłego wikariusza parafii poklasztornej w Wągrowcu i prefekta miejscowego Liceum Pedagogicznego, a w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ks. prałata Bronisława Piaseckiego.
Ksiądz Prymas Wyszyński odwiedzał Wągrowiec i klasztor pocysterski przynajmniej dwa razy w roku. To dzięki tym częstym wizytom i osobistej decyzji ks. prałata Zenona Willi, już pod koniec stycznia 1972 roku mogłem witać na furcie klasztornej ks. kard. Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Polski, który zwyczajowo przebywając w tym czasie przez tydzień w Gnieźnie, nawiedzał kapłanów seniorów w Domu Księży Emerytów w Wągrowcu. Do tego powitania wyjątkowego Gościa i naszego Arcypasterza, skrupulatnie przygotowała mnie moja pierwsza katechetka, siostra Bożena, musiałem być ubrany w białą koszulkę, kołnierzyk zawiązany czarną aksamitką i granatowe spodnie. W rękach trzymałem biało-czerwone goździki i często miałem przypominane, by przy powitaniu bukiet poprawnie trzymać kwiatkami do góry. Było chyba wczesne popołudnie, cierpliwie siedziałem na furcie klasztornej, a troskliwa siostra Bonawentura zrobiła mi gorącą i słodką herbatę z miodem, na dworze było sporo śniegu i lekki mróz.
Zapamiętałem dobrze, jak siostra Bonawentura otrzymawszy telefon z Kurii w Gnieźnie, że Ksiądz Prymas już jedzie do Wągrowca, szybko pobiegła na górę klasztoru, by powiadomić Dyrektora Domu, ks. prałata Willę. Po jakimś czasie ks. prałat w towarzystwie kilku kapłanów seniorów i siostry przełożonej Hiacynty zeszli na parter. Ja z każdą chwilą miałem większą tremę i czułem, jak drżą mi kolana. Po dłuższym oczekiwaniu przed furtę klasztorną powoli nadjechał duży, czarny samochód (nie pamiętam marki), może to była czarna „Warszawa”?
Pamiętam za to, trochę przez mgłę cząstkę pewnego wierszyka, który mnie wtedy nauczyła s. M. Bożena: Księże Prymasie, co dzień trwamy na modlitwie i wspominamy Ciebie. Zawsze prosimy szczerze i Jasnogórska Pani nas wysłuchała, bo wielkiego kardynała nam przysłała. Proszą o to małe dzieci, które Cię kochają i w modlitwie nigdy nie zapominają. Wręczyłem bukiet kwiatów, a Ksiądz Prymas coś do mnie powiedział i przytulił mnie „twardą, ojcowską prawicą” do swojej piersi …
Pamiętam, iż tamtego styczniowego wieczoru z dziecięcym przejęciem i z wypiekami na twarzy opowiadałem moim rodzicom, jak pierwszy raz w życiu widziałem Prymasa Polski i później długo nie mogłem zasnąć …
To było wielkie wzruszenie, wyjątkowe przeżycie, moje pierwsze spotkanie Wielkiego Prymasa Tysiąclecia na Ziemi Wągrowieckiej, w moim rodzinnym klasztorze pocysterskim, które na zawsze wpisało się w moim sercu i w mojej pamięci. Dzisiaj, po upływie kilku dekad, gdy tylko wspomnę tamte chwile sprzed lat, to „oczyma serca” mogę dokładnie odtworzyć całe to historyczne wydarzenie …
Te wyjątkowe spotkania z Wielkim Pasterzem, Ojcem Kościoła i Prymasem Polski powtarzały się później wiele razy, przynajmniej dwukrotnie każdego roku. Dobrze również pamiętam majowe dni w 1973 roku, gdy w murach pocysterskiego klasztoru w Wągrowcu, zorganizowany został Kongres Biblistów Polskich. W kongresie oprócz ponad siedemdziesięciu biblistów uczestniczyli; ks. kard. Stefan Wyszyński, Prymas Polski, ks. kard. Karol Wojtyła, metropolita krakowski, ks. abp Antoni Baraniak, metropolita poznański, sufragani gnieźnieńscy – ks. bp Lucjan Bernacki, ks. bp Jan Czerniak oraz ks. bp Tadeusz Etter, sufragan poznański. Wszyscy dostojni goście i profesorowie bibliści obradowali w części północnej klasztornych krużganków na parterze, przylegających do kościoła, stół prezydialny, przy którym zasiadali ksiądz Prymas i ks. kardynał Wojtyła ustawiony był przy schodach wejściowych na piętro do mieszkania ks. prałata Zenona Willi.
Każdy kolejny przyjazd ks. Prymasa do Wągrowca, mogłem doświadczać z bliska, gdyż stało się to prawie zwyczajem, gdy byłem już uczniem w starszych klasach szkoły podstawowej, a uczęszczałem do wągrowieckiej „Trójki”, sąsiadującej przez płot z klasztorem pocysterskim. Gdy tylko spodziewana była wizyta ks. Prymasa w Wągrowcu, siostra Bożena przybiegała do szkoły i zawsze jakoś udawało się jej mnie zwolnić z lekcji, abym mógł na furcie klasztornej przywitać naszego Arcypasterza i wręczyć mu bukiet kwiatów. Po latach dowiedziałem się nawet, że owe „tajne zwolnienia” siostra Bożena „załatwiała” u dobrych i szlachetnych moich nauczycielek; pani Zofii Sokołowskiej, pani Barbary Frankowskiej, pani Krystyny Majsner, czy też pani Elżbiety Klockowskiej-Paulus. Jeszcze jedną ciekawą sprawą był zawsze uprany, wyprasowany i przygotowany mój „strój galowy”, który siostra Bożena asekuracyjnie przechowywała w szafie swojej salki katechetycznej.
Przez całą dekadę, aż do ostatniego przybycia przed śmiercią ks. kard. Stefana Wyszyńskiego do Wągrowca, a było to w lutym 1981 roku, miałem niezasłużony dar i łaskę Spotykania Świętego Pasterza, Ojca i Wielkiego Prymasa Polski … Ostatnie szczególne wspomnienie jest jakby swoistym testamentem, który zostawił mi przyszły Święty Prymas. Ksiądz Kardynał był już chory i słaby, w czasie lutowego powitania w 1981 roku, a byłem już 15-letnim młodzieńcem, gdy witałem Go w bramie furty klasztornej, tradycyjnie przytulił mnie do ojcowskiej piersi i zapytał mnie wtedy: powiedz mi, kim będziesz w życiu? Ja niestety nie potrafiłem wydusić z siebie żadnej odpowiedzi, tak byłem zaskoczony i zestresowany, miałem tylko łzy w oczach. Te prymasowskie słowa po dzień dzisiejszy pobrzmiewają mi w uszach i sercu … Prawdą jest także, że od tamtej chwili coraz częściej rozmyślałem o powołaniu kapłańskim.
Dzisiaj muszę także wyznać, iż już po śmierci Prymasa Tysiąclecia, gdy tylko Metropolitalna Kuria Warszawska wydała modlitwę o beatyfikację do prywatnego odmawiania (z dnia 24.06.1983r.) codziennie ją włączałem do osobistej modlitwy: „Pokornie Cię błagam, Boże, udziel mi za wstawiennictwem Stefana Kardynała Wyszyńskiego tej łaski, o którą Cię teraz szczególnie proszę …” – o dar powołania kapłańskiego … A dzisiaj, już po ćwierć wieku posługi kapłańskiej nadal proszę Sługę Bożego Stefana Kardynała … o świętość Chrystusowego kapłaństwa. Zwracam się również za wstawiennictwem Sługi Bożego Prymasa Tysiąclecia w każdej innej potrzebie, trosce i prośbie, z którymi przychodzą do mnie moi bliscy, a nawet penitenci.
Głęboko wierzę, że ten Święty Prymas nie zostawi nas samych i u Tronu Bożego Miłosierdzia wyprosi nam wszelkie potrzebne łaski … Sługo Boży Stefanie Kardynale – módl się za nami.

Ks. Dariusz W. Andrzejewski
Wągrowiec-Zgorzelec ‘ 28 października 2019 r. – w 63. rocznicę uwolnienia Prymasa Tysiąclecia z uwięzienia w Komańczy i powrotu do Warszawy.