14 września obchodzimy święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Krzyż nie od dziś jest znakiem kontrowersyjnym. Jak pisał Cyceron, dla Rzymianina nawet myśl o krzyżu powinna być daleka. Wiele tekstów, także współcześnie, jest poświęconych „dowodom” na niestosowność przypisywania znakowi krzyża jakiejkolwiek godności. Jedni z ogromnym zaangażowaniem udowadniają, że Jezus nie umarł na krzyżu, a np. na palu, inni z zapałem przywołują przykłady stosowania krzyża jako znaku w czasach poprzedzających chrześcijaństwo. Nawet wśród chrześcijan istnieją odmienne sposoby jego przedstawiania.

Spotkać można wypowiedzi mające na celu ośmieszenie czci oddawanej krzyżowi poprzez stwierdzenia typu: „czy gdyby Jezus umarł na szubienicy, nosilibyśmy dziś na szyi małe szubieniczki?” 

Kościół nie zaprzecza wcześniejszemu niż chrześcijaństwo używaniu tego znaku. Jest to jeden z najbardziej powszechnych i najstarszych symboli religijnych. Dla każdego jest bardzo czytelne skojarzenie znaku krzyża ze związkiem pomiędzy tym co ludzkie, tym co na ziemi, a tym co niebiańskie, duchowe. Nic dziwnego, że pojawia się on w wielu religiach, czy różnych ideologiach.

Narzędziem kary także nie stał się w początkach naszej ery. Tych narzędzi w historii jest dużo więcej. Akurat w tym aspekcie ludzkość przejawia ogromną inwencję. Samo wyliczenie wszystkich sposobów zajęłoby sporo miejsca. Wspomnijmy choćby właśnie pal, na który nabijano skazańca, drewniane konstrukcje różnego rodzaju do których się go przybijało, bardziej „nowoczesne” szubienice do wieszania skazanych, czy jeszcze bardziej „postępowe” krzesła elektryczne, nie wspominając już „humanitarnego” śmiertelnego zastrzyku.

Myślę, że zbawcza śmierć Chrystusa poniesiona na którymkolwiek z tych narzędzi skutkowałaby w taki sam sposób w formie naszej wdzięczności wyrażanej przez znak ją przypominający. Mówiąc krótko i wprost – tak, gdyby Chrystus poniósł śmierć dla naszego zbawienia na szubienicy, dziś nosilibyśmy na szyi łańcuszki z wizerunkiem szubienicy. Nie jest przecież obiektem naszego kultu sam abstrakcyjny kształt. Czcimy symbol przypominający o tym, z jak wielką cenę zostaliśmy odkupieni i jak wielką godnością zostaliśmy obdarzeni. Każdy ze wspomnianych wyżej (hipotetycznych) sposobów śmierci Jezusa by nam o tym przypominał. Jak pisał o. Anselm Grün: „Jeżeli nie jest się gotowym, by codziennie dźwigać ciężar krzyża, nie ma sensu nosić przy sobie tego znaku. Nieść krzyż to dla pierwszych chrześcijan z jednej strony być gotowym na mękę, a z drugiej – przezwyciężać zagrożenia pochodzące z wnętrza człowieka, akceptować cierpienia i niedogodności bytu. Dźwigać krzyż oznacza przede wszystkim znosić cierpliwie i nieugięcie to, czego w życiu żąda Bóg – prześladowania, cierpienia, utrapienia, zranienia, choroby, rozczarowania” (z książki „Krzyż – symbol odkupionego człowieka”, Anselm Grün OSB, Wydawnictwo WAM). Ojciec Anselm przywołuje też Chryzostoma, który wzywa chrześcijan, by „żyjąc nieśli swój krzyż: «Czyż Twój Pan nie został przybity do drzewa krzyża? Naśladuj Pana w inny sposób! (…) Ukrzyżuj się sam, nawet wtedy, gdy nikt nie karze cię śmiercią krzyżową. Ukrzyżuj się sam, nie po to, by się – broń Boże – samemu zabić, to byłoby czynem bezbożnym, lecz jak mówi Paweł: aby świat stał się ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata (Ga 6, 14). Gdy kochasz swojego Pana, umieraj tą samą śmiercią co On!» Ukrzyżować świat oznacza wyzbyć się żądzy posiadania, zrezygnować z tego, co bezpieczne, unikać bogactwa i wygody”.

Wiele zamieszania przynosi odmienne od takiego rozumienie znaku krzyża. Krzyż staje się orężem w walce. Niestety stosowanym także przez chrześcijan. Czasami mamy wrażenie, że krzyż staje się znakiem antychrześcijańskim, a nawet, co może jeszcze dla nas trudniejsze, po prostu oznaką mody.

Dla każdego chrześcijanina (niezależnie od upodobań do takiej, czy innej jego formy) znak krzyża powinien być przypomnieniem wielkiego daru Odkupienia. Powinien być przypomnieniem nie tyle samej śmierci Jezusa, co Jego zmartwychwstania. Może dlatego bardziej czytelnym znakiem jest pusty krzyż. Jesteśmy w Polsce bardzo przywiązani do przedstawienia umęczonego i umierającego na krzyżu Chrystusa, ale pamiętać musimy, że „jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. (…) Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania” (1 Kor 15, 17.19). 

Chrześcijanie pierwszych wieków choć nie nosili zawieszonego na szyi krzyżyka, to jednak pamiętali o nim, kreśląc go palcami na czole (ślad tego mamy w gestach towarzyszących odczytywaniu Ewangelii podczas Mszy świętej). Tertulian pisze, na początku III wieku: „Na każdym kroku, czy wychodzimy z domu, czy wchodzimy; przy ubieraniu szat i obuwia; czy siadamy, czy wstajemy od stołu; czy korzystamy z kąpieli; przy zapalaniu światła; kiedy kładziemy się do łóżka i kiedy siadamy, we wszystkich okolicznościach czynimy sobie znak krzyża na czole”. Formuła „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” potwierdzona jest od IV wieku.

Krzyż jest dla nas znakiem zwycięstwa życia nad śmiercią, jest dla nas najpiękniejszą (a pewnie i najkrótszą) modlitwą. Krzyż jest też dla nas wyzwaniem. Starajmy się wykonywać go często, a zawsze z namaszczeniem. Noszenie go na szyi, zawieszanie w domach nie powinno być tylko oznaką mody, czy tradycji. Jest i powinien być wyznaniem wiary w Odkupienie i życie wieczne. Dlatego św. Jan Paweł II mówił: „Starajcie się na co dzień podejmować krzyż i odpowiadać na miłość Chrystusa. Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu rodzinnym czy społecznym. Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych i szpitali. Niech on tam pozostanie! Niech przypomina o naszej chrześcijańskiej godności i narodowej tożsamości, o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, i gdzie są nasze korzenie. Niech przypomina nam o miłości Boga do człowieka, która w krzyżu znalazła swój najgłębszy wyraz”
(Zakopane, 06.06.1997 r.)

 P.S.

Jeszcze ciekawostka. Pojawiające się często oskarżenia, że z istniejących relikwii Krzyża można zbudować statek, albo przynajmniej kilka krzyży, obalił już Charles Rohault de Fleury, francuski architekt żyjący w XIX wieku. Po skatalogowaniu znanych istniejących, ale i tych zniszczonych, czy zagubionych fragmentów, o których wspomina historia, wykazał, że gdyby zebrać je wszystkie, drewna nie wystarczyłoby nawet na odtworzenie jednej trzeciej krzyża.

dr. Bogdan Sadowski diakon stały, redaktor naczelny polskiej edycji Magnificat