KLIKNIJ – ZDJĘCIA

Członkowie “Motocyklowego Stowarzyszenia Pomocy Polakom Za Granicą WSCHÓD-ZACHÓD im. rotm. Witolda Pileckiego” – uczestnicy Rajdu Rodzinnego z okazji liturgicznego wspomnienia „Błogosławionej Poznańskiej Piątki” /12 czerwca/, zawitali dzisiaj do wągrowieckiego klasztoru oo. Paulinów. To, że Wągrowiec znalazł się na trasie rajdu, nie jest przypadkowe. Okazuje się bowiem, że bł. Edward Kaźmierski gościł w wągrowieckim klasztorze na wakacjach, przed wybuchem II wojny światowej, latem 1937 r. Uczestników Rajdu powitał proboszcz parafii i przełożony domu zakonnego o. Józef Stępień wraz z Burmistrzem m. Wągrowca p. Jarosławem Berendtem. O. Proboszcz, w trakcie zwiedzania kościoła, przedstawił uczestnikom Rajdu historię Zakonu Cystersów, począwszy od czasu translokacji z Łekna do Wągrowca, a także dzieje wągrowieckiej świątyni. Z inicjatywy Komandora Rajdu, zebrani odmówili „dziesiątkę” Różańca św. w intencji Ojczyzny. W trakcie spotkania plenerowego na dziedzińcu przyklasztornym, o. Proboszcz i p. Burmistrz zachęcali uczestniczących w rajdzie do odwiedzania miasta.

Poznańska Piątka (błogosławieni oratorianie) – to pięciu młodych wychowanków Salezjańskiego Oratorium świętego Jana Bosko w Poznaniu. Podejrzewani przez Gestapo o przynależność do tajnej organizacji politycznej, zostali aresztowani w dniach 21 i 23 września 1940 r., a potem więzieni w Poznaniu, Wronkach, Berlinie, Zwickau i zamordowani /zgilotynowani/ w Dreźnie 24 sierpnia 1942 r., ogłoszeni błogosławionymi w dniu 13 czerwca 1999 r. przez Jana Pawła II na Placu Zamkowym w Warszawie w gronie 108 męczenników II wojny światowej. Byli to: Czesław Jóźwiak, Edward Kaźmierski, Edward Klinik, Franciszek Kęsy, Jarogniew Wojciechowski.

W trakcie spotkania mogliśmy wysłuchać wspomnień bł. Edwarda Kaźmierskiego, które przedstawiła p. Kinga Sibilska , a poniżej prezentuję fragmenty tych wspomnień.
…….. Przebywaliśmy tam na kolonii od 15 lipca do wczoraj /21.8.dop.red./ i mieszkaliśmy w dawnym konwencie Ojców Cystersów…..Podobnie jak w Konarzewie szybko pozyskaliśmy sympatię mieszkańców Wągrowca. Zdobyliśmy ich śpiewem, pobożnością, fantazją i swoimi występami. A śpiewaliśmy nie tylko w kościele. Śpiew towarzyszył nam podczas wszystkich wycieczek. Chyba dwa takie marsze zapamiętali wągrowiczanie najbardziej. Jeden to była wielka wyprawa na ryby. Urządził ją kl. Leon Musielak. Każdemu z nas zafundował żyłkę, spławik, haczyk i kij. Tak powstała armia sześćdziesięciu wędkarzy, która ze śpiewem wyruszyła nad jezioro. Zbieraliśmy po drodze oklaski i uśmiechy……..Pierwszy raz daliśmy się poznać mieszkańcom Wągrowca w niedzielę 18 lipca. Podczas mszy św. o godz. 9.00 śpiewaliśmy na trzy głosy Polską Mszę ks. A. Piechury i na cztery głosy pieśni do Matki Boskiej ks. A. Chlondowskiego. Po uroczystych nieszporach – w tym dniu obchodzono odpust Matki Boskiej Szkaplerznej – urządziliśmy z tej okazji małą akademię dla ludności. Złożyły się na nią pieśni maryjne i eucharystyczne oraz operetka „Szkoła”. Ja, jak zwykle, występowałem w roli nauczyciela. Mój śpiew i popisy na scenie bardzo się wszystkim podobały. Podobał się też mój strój. Miałem na sobie surdut Dziadzi, jego kapelusz, okulary i laskę. Kapelusz bardzo mi się przydał. Po występie zwróciłem się do widzów z prośbą, by wrzucili coś do niego na wycieczkę dla moich śpiewających sztubaków. Do kapelusza trafiło ponad piętnaście złotych.
Dzień zakończył się niezbyt przyjemnie. Na kolację otrzymaliśmy jakąś nędzną kaszę, której nikt nie ruszył……………..W czwartek 22 lipca wybraliśmy się na wycieczkę do Kobylca. Szliśmy drogą wzdłuż Jeziora Durowskiego, w którym się zawsze kąpiemy…….26 lipca, w poniedziałek, doczekaliśmy się pierwszej pochwały prasowej. „Gazeta Wągrowiecka” *) chwaliła nasz występ, jaki poprzedniego dnia miał miejsce w auli miejscowego gimnazjum. Podobały się i „Szkoła”, i dwie pantomimy, i „ Ave Maria” Żukowskiego, którą śpiewałem razem z kl. Krajczyńskim. Gazetę przyniósł kl. Dworowy i z dumą odczytał artykuł po śniadaniu. Wystąpiliśmy przy przepełnionej sali……Ale jeszcze bardziej podobał się mieszkańcom Wągrowca nasz przemarsz z dworca do klasztoru. Było już późno, dochodziła dziewiąta, ludzie szykowali się do snu, a tu nagle buchnął nasz śpiew. Ludzie powychodzili na ulice, wypełnili okna i witali nas oklaskami jak żołnierzy wracających z manewrów. I tak zakończyła się nasza kolejna wyprawa……W trzy dni później podbiliśmy serca wągrowiczan sztuką „W pogoni za milionami”, którą wystawiliśmy w sali „Sokoła” na nowej strzelnicy, i śpiewami, jakie wykonaliśmy przed przedstawieniem. Trwało to wszystko do północy przy pełnej sali. Za występy pochwaliły nas dwa miejscowe dzienniki: „Głos Wągrowiecki” i „Gazeta Wągrowiecka” *). Nawet dość szeroko je omówiono…..W czwartek, 12 sierpnia, znowu całodzienna wycieczka do pobliskiego lasu. Jego ozdobą jest kolonia czapli i okazały dąb, zwany „Królewskim” lub „Dębem Korfantego”. Ma podobno 250 lat i 35 metrów wysokości……W drodze powrotnej do Wągrowca miałem jeszcze jeden ładny widok. Od jakiegoś czasu widuję w pobliżu naszego konwentu pewną piękną osóbkę. Gdyśmy wracali, minęła nas ta osóbka, jadąc w powózce. Wymieniliśmy uśmiechy. Wpadła mi w oko, ale zapomnę o niej, gdy wyjedziemy z Wągrowca……Na tych wągrowieckich koloniach wycieczka goni wycieczkę. Tym razem wybraliśmy się na odpust do Niemczyna, zaproszeni przez księdza dziekana. Chodziło o to, żeby odpustową sumę uświetnić naszym śpiewem……Śpiewaliśmy podczas mszy i podczas nieszporów. Po nieszporach obejrzeliśmy odpustowe budy i pojechaliśmy naszymi wozami do Stępuchowa na obiad. Obiadem podejmowała nas miejscowa dziedziczka. Przyjęto nas tu bardzo gościnnie. Usługiwali nam siostra dziedziczki, jej włodarz z żoną i córkami oraz kucharki…..Miło minął nam dzień 19 sierpnia. Na ten dzień przypada święto salezjańskie, które my nazywamy „żołądkowym”. I nie bez racji. Na śniadanie był chleb pszenny z masłem, na obiad między innymi potrawami mięso, na podwieczorek każdy dostał pół blachy placka. Że też codziennie nie ma takiego święta! Dobre jedzenie, nagroda za strzelanie, którą otrzymałem, myśl o pięknej wągrowieckiej nieznajomej – wprawiły mnie w taki dobry nastrój, że miałem ochotę napisać jakiś muzyczny utwór. Ale nic z tego nie wyszło. Napisałem tylko pocztówkę do domu, że w sobotę wracam. No i jestem już w domu, spisuję te wągrowieckie wspomnienia i mimo niesmacznej kaszy i grochówki uważam, że były to piękne dni. Na pożegnanie otrzymałem uśmiech mojej „pięknej nieznajomej”, którą spotkaliśmy idąc na dworzec.

*) Relacje w galerii.

Janusz Marczewski