Archiwum kategorii: Wiara

Cierpliwość jest wszystkim

Augustyn Pelanowski OSPPE

Pamiętam z dzieciństwa zaćmienie słońca. Moja babcia wzięła kawałek szkła i ku mojemu zdziwieniu okopciła go nad świeczką, potem kazała wyjść z domu i obserwować słońce przez ten prymitywny filtr. Nie dość że słońce było zasłonięte księżycem, to jeszcze ciemny filtr zabezpieczał moje oko przez porażeniem światłem. Ale na czyste światło można spojrzeć tylko przez zasłony, jeśli nie chce się oślepnąć.
Nie możemy znieść czystego światła prawdy. Musimy czekać albo spoglądać na nie przez zasłony stworzonego świata. Potrzeba cierpliwości. Bóg ujawnił się na poziomie świata materialnego poprzez mądrość słowa w czasie, bo czas jest istotną cechą tego świata. Czas to przede wszystkim rozwój, a nie tylko przemijanie.
Księga Przysłów językiem poezji opowiada o przechodzeniu Mądrości stwórczego słowa od bezładu pierwotnej materii do form bardziej złożonych i doskonalszych, aż do istot żywych i inteligentnych. Światło i ciemność, ziemia i niebo, woda i ogień, ryby i ptaki, drzewa utworzyły komnatę, w której mógł pojawić się człowiek, czyli podobieństwo samego Boga. Każde z tych stworzeń stanowi jakąś zasłonę samego Stwórcy, jakiś filtr!
Mądrość Boga, dokonawszy stworzenia świata zewnętrznego, przeszła do tworzenia głębi ludzkiego ducha. List do Rzymian daje nam obraz tego działania, począwszy od usprawiedliwienia inicjującego nowe stworzenie, przez etap wiary, która daje dostęp do łaski, przez ucisk, który tworzy wytrwałość, przez szlachetność cnoty przechodzi do nadziei, a ta dopiero staje się komnatą miłości rozlanej przez Ducha. Na takim tle łatwiej nam pojąć, dlaczego Jezus mówi swoim uczniom, że mógłby jeszcze wiele im powiedzieć, ale nie są gotowi znieść blasku prawdy i Duch doprowadzi ich stopniowo do pełni poznania.
Nawet pełnia prawdy o Bogu, który jest Trójcą, potrzebuje czasu, rozwoju, przygotowania, bo ta prawda wymaga filtrów naszych pojęć, by ją w ogóle sobie przedstawić. Bóg dokonuje swoich dzieł, stopniowo oswajając człowieka z łaskami, które zawsze są zbyt wielkie, by je po prostu przyjąć. Nadmiar dobra może być nie do zniesienia. Lud wybrany, wszedłszy do Kanaanu, miał zdobywać Ziemię Świętą stopniowo, gdyż, jak mówi Księga Wyjścia, rozpanoszyłyby się dzikie zwierzęta, które spustoszyłyby obiecaną przestrzeń uświęcenia narodu. Kiedy osiągamy jakiś poziom istnienia zbyt szybko, na skróty, wtedy ujawnia się w nas żądza lub zachłanność bestii. Na wszystkich drogach życia na tym świecie potrzebna jest cierpliwość, a przede wszystkim na tej drodze, która wiedzie poza ten świat. „Cierpliwość jest wszystkim. Rosnąć jak drzewo, które nie przyspiesza krążenia swych soków, które ufnie wytrzymuje wiosenne wichry, nie lękając się tego, że lato mogłoby nie nadejść. Lato przychodzi. Ale przychodzi ono tylko dla tych, którzy umieją czekać, tak spokojni i otwarci, jakby mieli nad sobą tylko wieczność. Każdego dnia, za cenę cierpień, które błogosławię, uczę się tej prawdy: cierpliwość jest wszystkim” (R.M.Rilke).

Daj nam święty pokój

Augustyn Pelanowski OSPPE

Jezus odchodzi, aby mógł przyjść Duch Święty. Bóg odchodzi tylko po to, by przyjść jeszcze bliżej nas. Dlatego Jego odejście jest pokojem. Mówi zwykłe słowa o pokoju, posługuje się codziennym żydowskim pozdrowieniem, ale w tym kontekście i w Jego ustach wszystko nabiera zupełnie innego wymiaru. Kiedy więc mówi, że zostawia Apostołom pokój, to nie jest to jedynie życzenie dobrego dnia. Pokój Jezusa nie oznaczał jedynie czegoś w rodzaju uciszenia ich rozmów albo uspokojenia ich podnieconych emocji. Pokój, który daje Chrystus, jest darem doprowadzającym człowieka do szczęścia. Pokój ten ma moc całkowitego posklejania na nowo popękanego, a nieraz rozbitego na kawałki człowieka. Wyobraźmy sobie naczynie porcelanowe, które rozbiło się na drobne kawałeczki. I nagle ktoś nakazuje tym setkom rozbitych cząsteczek stać się na nowo całością, i to nieskalaną nawet jedną rysą! To właśnie jest pokój Chrystusa.
Jego słowa nie są życzeniami. Mają moc rozkazu, któremu nic nie może się sprzeciwić. Kiedy Jezus mówi, że daje uczniom pokój, oni doświadczają tego nie jako efektu ich osobistego wzięcia się w garść, ale jako interwencji odpowiadającej mocy stworzenia. EIRENE to dar wewnętrznej zgody na siebie, która staje się pogodzeniem ze wszystkim, co może spotkać na zewnątrz. On ich nie poprosił, by sami się uspokoili, lecz dał im ten pokój. „W tym jednym słowie, wypowiedzianym właśnie przez Jezusa, stojącego tu, pośród nich, jest więcej, niż człowiek może oczekiwać” (J. M. Lustiger). Pokój Jezusa pozbawia lęku i trwogi, integruje wewnętrznie i zewnętrznie ludzkie istnienie. Jest też słowem, które w starożytności oznaczało szczęście. Hebrajskie SZALOM znaczyło również wybawienie przez Mesjasza.
Niezwykła moc ukrywa się w zwykłych słowach Biblii. Być może jakaś iskra tego pokoju przepływa do kogoś, komu po prostu z miłością mówisz słowa codziennego pozdrowienia? Niezwykłą świętość Bóg umieścił w sercach zwykłych ludzi. Jezus tak usilnie prosił o pokój nie dla siebie, tylko dla innych. To mnie bardzo dotyka, gdyż najczęściej modlę się tylko o własne uspokojenie nerwów. Odkrywam w sobie tak mało troski o pokój dla innych, i to nie jakiś święty spokój, uspokojenie emocji czy uciszenie płaczu, ale o pokój, który jest zharmonizowaniem, odtworzeniem w Duchu Świętym, wybawianiem z chaosu. Czuję teraz zachętę do tego, by więcej modlić się za innych, z większą usilnością, z błaganiem, aby nikt z tych, których spotkałem, nie był pozbawiony pokoju Chrystusa.
Moi bracia i siostry potrzebują tego pokoju od Ciebie, Jezu. Pokoju, który jest bardziej nieustraszony niż odwaga bohatera. Gdy się ma Twój pokój, już się nie przeżywa lęku czy zmieszania. Ten pokój przynosi PARAKLET, Duch Święty, wszak pokój Jego trzecim owocem, jak zapisał Paweł w Liście do Galatów. Duch Święty jest jak wiatr, który nie rozrzuca, ale układa, nie przewraca, ale podnosi, nie gasi, ale rozpala, nie trwoży, ale dodaje pewności.

Rybak, który stał się pasterzem

Augustyn Pelanowski OSPPE
Połowy nigdy nie były najmocniejszą stroną Szymona Piotra. Gdyby nie Rabbi Jeszua, chyba nigdy by nie osiągnął wielkich sukcesów w łowieniu, nawet ryb. Piotr był rybakiem, a nie pasterzem, więc dlaczego został pasterzem dusz? Po połowie 153 ryb Pan powiedział do niego, aby pasł owce.
Co naprawdę kryje w sobie owo ewangeliczne przekwalifikowanie? Nie można cały czas tylko łowić dusz. W końcu trzeba też je nakarmić, odżywić, dawać im stały pokarm pokoju duchowego, prowadzić na coraz wznioślejsze łąki duchowych wyżyn, wyszukiwać drogi do nieba. Przebaczyć komuś grzechy, nawrócić rekolekcyjną mową czy upomnieniem w konfesjonale jest łatwiejszą sztuką niż cierpliwe, wytrwałe obdarowywanie miłością, znoszenie czyjegoś dojrzewania i prowadzenie latami. Połów nocą nie przynosi efektu, bo nie wystarczą nawet ogromne wysiłki rybaków dusz, gdy zabraknie im czasu na Słowo Boże. Noc Kościoła zaczyna się wtedy, gdy kapłani bardziej marzą o najnowszym laptopie niż o znajomości Słowa Bożego. Technologię elektroniczną obdarzamy dziś większym zaufaniem niż Boga.
I jeszcze ta prawa strona łodzi. Dlaczego akurat z prawej strony połów był tak obfity? Jeśli owa łódź jest obrazem Kościoła, to Jezus zdaje się wyraźnie mówić, że w Kościele nie ma szans na sukces w działaniu „na lewo!”, a już na pewno nie uda się zachęcić ludzi do tłumnego uczestnictwa w liturgii, gdy zabraknie w niej tych, którzy wyjaśniają Słowo Boże, i gdy zabraknie elementarnej prawości! Ale prawa strona łodzi to coś więcej niż tylko działanie zgodne z prawem Boga i ludzką prawością. Prawa strona to strona Mesjasza, który zasiadł po prawicy Boga Wszechmogącego, po zdeptaniu grzechu i szatana. To również strona owiec, a nie kozłów ze sceny sądu miłosierdzia. To być może szansa dla tych, którzy woleli prawe oko i prawą rękę sobie odciąć, niż stracić królestwo Boże.
Czy łowienie ryb jest aluzją do potopu Noego? Jeśli tak, to Bóg daje szansę nawet tym, których zatopiły odmęty grzechu. Dopóki jest sieć Kościoła, jest szansa. Co będzie, gdy jej zabraknie?

Bóg pisze prosto po liniach krzywych

Tomasz Dostatni OP

„Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię…”. To słowa, które bezpośrednio odnoszą się do zrozumienia powołania prorockiego, a konkretnie do proroka Jeremiasza. Ale słowa te również możemy odnieść do każdego z nas. Ich piękno i sens mówią nam, że wyszliśmy z ręki Boga i że Bogu na nas zależy. Piękno tych słów przejawia się również w tym, że każdy od początku swojego istnienia jest przez Boga „kształtowany”, to znaczy prowadzony, umacniany, Boża Opatrzność nad nim czuwa. Świadomość opieki Bożej, jej wyczuwalność pozwala człowiekowi przez całe życie wsłuchiwać się w głos, który nas karmi i prowadzi.
Opis powołania proroka Jeremiasza uwypukla także i to, że ten, którego Pan wybiera na sługę swojego Słowa, który ma iść i głosić, zostaje przez Boga do tego w szczególny sposób przygotowany. „Wstań i mów wszystko, co ci rozkaże… Nie lękaj się… Uczynię cię twierdzą warowną, kolumną ze stali i murem spiżowym… Ja jestem z tobą… i będę cię ochraniać” – te słowa Boga potwierdzają pewność misji Jeremiasza, a zarazem nam mówią, iż człowiek wybrany przez Boga do specjalnej misji może pociągnąć przyprowadzić do Niego innych. W Biblii jest kilka opisów powołania człowieka przez Boga i wszystkie są godne rozważania, np. powołanie Samuela, Dawida, Izajasza, Mateusza czy Pawła. Zawsze Bóg jest niesamowicie blisko człowieka, któremu okazuje w widoczny sposób swoją miłość.
„Miłość ponad wszystko i we wszystkim”. Hymn o miłości, który znamy dobrze, pozwala nam, dzisiaj go odczytującym, zrozumieć swoje właściwe miejsce w świecie, zarówno tym wielkim, jak i tym małym. Myślę, że każdy z nas powinien kilka razy w roku przeczytać ten hymn z wielką uwagą i wewnętrzną pokorą. Nie żyjemy sami, zawsze w większej czy mniejszej wspólnocie z innymi ludźmi. Dlatego słowa świętego Pawła mogą spełniać rolę jakby rachunku sumienia, a równocześnie mogą być modlitwą pragnienia, które stale się urzeczywistnia. „Miłość cierpliwa jest…, nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą… Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy…” Proponuję tym, dla których ten hymn jest bliski, aby próbowali tak go odczytywać i tak nim się modlić, aby w miejsce słowa miłość wstawić swoje imię. I zobaczyć, jakie wymagania miłość – sam Chrystus nazwany tak przez Jana – nam stawia.
Jaki jestem i czego Pan oczekuje ode mnie. Spróbujmy takiego rachunku sumienia. Myślę, że warto. Jedna z wielu definicji miłości, której autorem jest św. Tomasz, mówi, że miłość to pragnienie dobra dla drugiego człowieka. W codziennym życiu trudno czasami dostrzec dobro bliźniego przed własnym, ale nie ma innego wyjścia.
Jezusa nie można zabić, Jezusa można wypędzić. Doświadczenie modlitwy i spotkania Jezusa ze swoimi ziomkami w synagodze w Nazarecie jest doświadczeniem szczególnym. Jezus został odtrącony przez swoich. Ten sam proces może się dokonywać także w naszym życiu. To dramat, który może przerodzić się w egzystencjalną tragedię. Odtrącony przeze mnie Jezus po prostu odchodzi. Oddala się. Byłaby to wizja tragiczna, lecz Ewangelia nam przypomina np. opowieść o powrocie Syna marnotrawnego, inaczej nazywaną opowieścią o miłosiernym Ojcu oraz o pasterzu, który zostawia wszystkie owce, aby szukać tej jednej zaginionej. Te opowieści napawają radością i nadzieją, że Bóg nie odwraca się od człowieka, nawet gdyby człowiek sam odwrócił się od Niego. Miłość silniejsza jest od nienawiści, a łaska od zwątpienia.

Pospiesznym do Jezusa

 

Augustyn Pelanowski OSPPE

Zanim Jezus nauczył się chodzić, zanim powiedział pierwsze słowo, zanim uczynił pierwszy cud, mógł już udać się do drugiego człowieka w Niej – w Maryi. Ona umożliwiła Mu dotarcie do człowieka, zanim On urodził się jako człowiek. Ona stała się pierwszym apostołem. Tak zostało na zawsze. Również i dziś Maryja przybliża Jezusa najszybciej. Łukasz mówi, że Jej droga odbywała się w pośpiechu. Możemy to tak rozumieć, że Jej droga przybliżania nam Jezusa jest szybsza niż zwykła droga dochodzenia do Niego.
Kiedy czytamy, że Maryja weszła do domu Elżbiety i ją pozdrowiła, nie możemy oprzeć się skojarzeniu ze zwiastowaniem. Zachowała się dokładnie tak jak anioł Gabriel. Jej osobiste spotkanie z Gabrielem sprawiło, że tak samo zaczęła zachowywać się wobec tych, którym przynosiła Jezusa i przynosi.
Być może i ty, jak Elżbieta, oczekujesz kogoś, kto by przyniósł ci odmianę życia. Elżbieta wyraźnie zmieniła się po ujrzeniu Maryi, poczuła napełnienie Duchem Świętym. Być napełnionym, to nie czuć w sobie pustki. Czujemy ją zawsze, dopóki szukamy spełnienia we wszystkim oprócz Boga. Począwszy od chipsów, a skończywszy na filmach, nic nie da człowiekowi poczucia pełni i satysfakcji z istnienia, oprócz Ducha Świętego.
Każdy człowiek wybiera najszybszą drogę do osiągnięcia jakiegokolwiek celu. Denerwujemy się na opóźnienie pociągu. Odczuwamy wstyd, gdy sami się spóźniamy. Bóg się nie spóźnia. Dał nam nawet szansę spotkania z Nim szybciej, niż gdybyśmy tego oczekiwali. Tą szansą jest Maryja. Wystarczy jeden Różaniec, który zadziała jak telefon interwencyjny, i jesteśmy w ramionach Ducha Świętego. Przestrzeń, którą Syn Boży choćby raz dotknął swoją obecnością, na zawsze staje się przestrzenią dotykającą Jego Obecnością. Jej łono, Jej wnętrze, Jej serce zostało wypełnione obecnością Ducha Świętego i obecnością Jezusa, i tak już zawsze będzie. Spotykając Ją, nie sposób uniknąć spotkania Jezusa. Ci, którzy zastanawiają się, czy modlić się do Jezusa, czy do Maryi, nie wiedzą, że takie rozdzielenie jest niemożliwe. Jeden z moich przyjaciół prowadził dyskusję z pastorem zboru zielonoświątkowego. W pewnej chwili zapytał go o to, do kogo ludzie z jego wspólnoty przychodzą prosić o modlitwę wstawienniczą. Odpowiedział, że do niego. Wtedy zapytał go, dlaczego. Na co zdziwiony pastor odrzekł, że ludzie uważają modlitwę pasterza za skuteczniejszą, ponieważ sądzą, że pasterz wspólnoty ma bliższy kontakt z Jezusem. Mój przyjaciel dalej pytał, czy gdyby istniała osoba na ziemi, która znałaby Jezusa najbliżej, to czy pozwoliłby swoim owieczkom do niej się udawać? Odpowiedział, że tak. Tym razem już wyraźnie zapytał, czy zna kogoś na świecie, kto miałby bliższy kontakt z Jezusem niż Jego Matka. Oczywiście ów pastor nie dał się przekonać, ale my pozwólmy sobie na pospieszny kontakt z Jezusem, czyli na przyjęcie Maryi choćby dziś, kiedy Jego przyjście jest tak bliskie.

Rentgen sumień

Augustyn Pelanowski OSPPE

Trudno zapewne uwierzyć w to wszystko, co Jezus zapowiedział o znakach poprzedzających Jego przyjście, tym, którzy ciągle żyją w błogiej nieświadomości prawd objawionych. Nie da się sprowadzić zapowiedzi Jezusa jedynie do metafory. W czasach, w których raz po raz słyszymy o tsunami, wzmianka o trwodze narodów wobec szumu morza nie wydaje się już czymś fantastycznym. Rozumiemy także ostrzeżenie Jezusa o znakach na słońcu czy księżycu lub gwiazdach, gdy coraz częściej słyszymy o możliwości zderzenia się z Ziemią asteroidów średnicy kilkudziesięciu kilometrów.
W czasie ostatniego lata ludzie mdleli nie tylko ze strachu, ale i z upałów. Jeśli działanie promieni słońca doprowadziło do tysięcy zgonów ludzi chorych na serce, to co się stanie, gdy Słońce Sprawiedliwości, czyli Jezus Chrystus, rozbłyśnie nad naszym niebem? Ileż ludzi o duchowo chorym sercu nie wytrzyma tego „upału”? Przyroda wykroczyła ze swych granic podobnie jak człowiek, który przekroczył granice przykazań. Zdaje się, że możemy spodziewać się dalszej eskalacji zjawisk w świecie fizycznym, bo i człowiek posuwa się w swych nienormalnych, a nawet perwersyjnych pomysłach. W tym rozszalałym moralnie i fizycznie świecie mamy zachowywać mimo wszystko wstrzemięźliwość przed złem. Mimo presji społecznej, mimo mody i trendów kulturowych. Obżarstwo, pijaństwo, troski o komfort życia sprawiają, że serce jest ociężałe, pozbawione czujności duchowej sumienia. Można przegapić najważniejsze nawiedzenie ludzkości: powtórne przyjście Chrystusa. Jezus wzywa do modlitwy, bo dzień Jego przyjścia będzie tak niespodziewany i wstrząsający, że dla wielu stanie się potrzaskiem, atakiem serca, tsunami duszy. Objawienie się Syna Bożego będzie też jednoczesnym wydobyciem z naszego wnętrza wszystkiego, co w sobie ukrywamy. Wszystkie sprawy wyjdą na jaw. Gdy Bóg objawi się, my też doznamy objawienia się nas samych i tego, czym naprawdę jesteśmy! Nagłe objawienie się prawdy Boga spowoduje prześwietlenie wszystkich sumień i wielu ludzi nie wytrzyma objawienia się zawartości ich duszy, która okaże się obliczem wykrzywionym w grymasie podłości i wyniosłości, a nie uśmiechniętą maską dobroci.
Opowiadano mi swego czasu tragiczną historię o pewnej artystce, która uległa poparzeniu i musiała być poddana operacji plastycznej. Jej twarz została zeszpecona, ale dopóki leżała w łóżku szpitalnym z obandażowaną twarzą, przyjmowała odwiedzających ją przyjaciół oraz rodzinę i spotkania były pełne radości i coraz lepszego samopoczucia. Pewnego dnia mogła wstać i zdjęto jej opatrunki z twarzy. Stanęła przed lustrem. Widok oblicza był dla niej takim wstrząsem, że z rozpaczy odebrała sobie życie. Myślę o tym wydarzeniu, ponieważ takim właśnie dniem prawdy o obliczu naszej duszy będzie Dzień Pański. Nie wszyscy wytrzymają zderzenie z prawdą o samych sobie. Mogą znaleźć się tacy, którzy samych siebie odrzucą, nie zgodzą się na oblicze swej duszy i zapadną się w otchłań samoodrzucenia. Nie to jest prawdą o nas, co o sobie myślimy, lecz to, co się objawi w świetle Dnia Pańskiego

Z tęsknoty za boskością

Augustyn Pelanowski OSPPE

Ciekawe, nie napisano w Apokalipsie, że Jezus przyjdzie, tylko że przychodzi. Przychodzi nieustannie. Przyszedł też do Piłata, a ten, choć nie znalazł w Nim winy, nie odkrył w Nim kogoś, kto od win uwalnia. Na samym końcu roku liturgicznego Kościół odsłania przed nami ostatnią księgę Biblii, by dać nam do zrozumienia nieuchronny finisz świata, który jest teatrem opowiadania się za lub przeciw Bogu. W teatrze ludzie siadają na widowni i czekają, aż podniesie się kurtyna i odsłoni się scena. Przyglądając się aktorom, widzowie coraz bardziej rozpoznają samych siebie, swój osobisty dramat, najgłębsze motywy, ukryte wspomnienia, nieuświadomione myśli i przekonania. Jakże szybko poznajemy siebie, wpatrując się w kogoś!
Coś takiego powinno się pojawić w czasie rozważań apokaliptycznych. Księga powstała prawdopodobnie około 96 r., pod koniec panowania cesarza Domicjana. Miał on obsesję doznawania boskiej czci: chciał być panem bogiem dla swych poddanych. Ci, którzy temu się nie podporządkowali, byli oskarżani o ateizm. Pierwsi chrześcijanie byli prześladowani za ateizm! Domicjan zabił w 95 r. swego kuzyna Klemensa Flawiusza i wygnał jego siostrzenicę Flawię Domityllę właśnie z powodu ateizmu. Jan zapewne znalazł się na Patmos za odmowę uznania Domicjana za boga! Ostatecznie Domicjan padł ofiarą spisku i został zamordowany.
Ludzie tęsknią za boskością, pragną uwielbiać kogoś albo samych siebie. Przed jakim cesarzem albo Piłatem staniemy? Przed jakimi bożkami staniemy oko w oko, gdy będą domagały się kultu? Przed seksualnością? Przed chciwością? Przed pychą? A może drugi człowiek będzie dla ciebie panem albo panią i odwrócisz się od jedynego Pana? Gdy tylko wyrazisz wolę uczynienia Jezusa Panem, siły ciemności upomną się o swoje wpływy. Jezus może cię zbawić całkowicie, gdy całkowicie Mu się oddasz. Gdy oddasz tylko trochę, czyż trochę miałoby być zbawione? Apokalipsa jest zrozumiała tylko dla sług Boga. Gdy Baltazar ujrzał na ścianie swego pałacu rękę piszącą prorocze słowa, żaden mędrzec babiloński nie potrafił wyjaśnić tego przesłania. Dopiero Daniel odczytał i wytłumaczył Baltazarowi, że jego królestwo zostanie zniszczone. Tylko ci, którzy są sługami Boga, mają dostęp do tajemniczych Jego wyroków. Kto niczego nie ukrywa przed Bogiem, przed tym też Bóg niczego nie ukrywa.
Apokalipsa zaadresowana jest do siedmiu Kościołów, które są w Azji. Słowo AZJA w języku greckim (he asija) to mniej więcej tyle co kraj błotnisty. Podobnie hebrajski nazywa tę część świata: JAWAN, czyli błoto, bagno, kałuża, dół zagłady, muł. Po prostu śmiertelne niebezpieczeństwo. W Starym Testamencie słowo „Jawan” było synonimem ugrzęźnięcia w niewolę kulturową. W Apokalipsie odnajdujemy więc odsłonięcie i wyjaśnienie tego, co się dzieje: Kościół jest obrzucany błotem z powodu ateizmu wobec idoli tego świata.

Musisz mieć pragnienia

Augustyn Pelanowski OSPPE

Autor Listu do Hebrajczyków zachęca, byśmy zbliżyli się do tronu łaski, aby otrzymać miłosierdzie, gdyż Arcykapłan, który na nim zasiada, doskonale nas rozumie, bo sam został doświadczony ludzkim cierpieniem. Przybliżyć się – to krok najbardziej oczekiwany przez Boga. Dlatego też czytamy o synach Zebedeusza, którzy się zbliżyli do Jezusa, prosząc o przywilej zasiadania w chwale po prawicy i lewicy. Jezus tego pragnienia nie odrzuca, ale pyta, czy rozumieją, o co proszą? Chrześcijaństwo domaga się zrozumienia, bo jest odkrywaniem sensu istnienia. Prawdy wiary zawsze wymagają osobistej zgody i wyboru przez zrozumienie. A co najdziwniejsze, z im potężniejszą tajemnicą się spotykamy, tym bardziej prowokuje ona nas do myślenia. Jej nieprzenikalność sprawia, że jeszcze bardziej próbujemy ją przeniknąć. Wiara domaga się myślenia, choćby nigdy nie miała dojść do dna tajemnicy.
Jaki sens jest w pragnieniu, aby zasiadać po prawicy i lewicy Jezusa w Jego chwale? Przywilej zasiadania obok króla i spożywania z jednego kielicha był zarezerwowany dla ludzi z najwyższych sfer dworskich, zaufanych lub zasłużonych albo kogoś z rodziny. Jezus przewraca do góry nogami wyobrażenia apostołów, mówiąc, że skoro On nie przyszedł, by być obsługiwany, lecz po to, by być sługą i oddać życie jak niewolnik, to każdy, kto chce do Niego się zbliżyć, musi sobie postawić za cel to samo: być sługą, a nawet niewolnikiem innych, gotowym oddać życie. Czytając o tych dwóch miejscach obok Chrystusa, najczęściej wspominam apokaliptyczną wizję o DWÓCH ŚWIADKACH obleczonych w wory, którzy mieli prorokować przez 1260 dni. Ci dwaj zostaną zabici w symbolicznym mieście Sodoma i Egipt.
Apokalipsa mówi, że po trzech i pół dnia zostaną wskrzeszeni i wniebowzięci, po czym nastąpi wielkie trzęsienie ziemi, w którym zostanie zniszczona dziesiąta część miasta. Dwoma Świadkami są dwa Serca: Jezusa i Miriam, z których płynie oliwa miłości Boga, oświecająca nasze życie. Symbolika Egiptu odwołuje do ucisku politycznego i tyrani materializmu, Sodoma zaś symbolizuje demoralizację oraz promocję rozpusty i zboczeń. Mojżesz i Aaron wyprowadzili z niewoli Egiptu Izrael, dwaj aniołowie wyprowadzili z Sodomy Lota i jego córki. 1260 dni jest również liczbą symboliczną, gdyż jest wynikiem pomnożenia przez trzydzieści liczby 42, tak istotnej na kartach Biblii. 1260 dni to okres dojrzewania do pełni życia w Chrystusie, poczynając od wiary fundamentalnej, Abrahamowej.
Każdy z nas również staje przed wyborem między byciem świadkiem słowa Bożego a degradacją duchową w stylu Sodomy lub Egiptu. Dlatego tak ważne jest wzbudzenie w sobie pragnienia zbliżenia się do Chrystusa, które w sobie odkryli Jan i Jakub, bo bez pragnień nie ma wysiłku ani wyborów. Bez pragnień nie ma próby zrozumienia i efektu osiągnięcia.

Zawsze ten (ta) sam(a)

Augustyn Pelanowski OSPPE

Na pewno nie żyjemy tylko po to, aby przeżyć następny dzień. Nie żyje się też po to, żeby jeść, wyżyć się lub mieć święty spokój. Wyższe potrzeby człowieka: pragnienie godności, przynależności, pragnienie uczynienia czegoś szlachetnego, poświęcenie się i wreszcie miłość są dostępne już tylko tym, którzy mają jakąś duchowość. Duchowość jest zbudowana na jakiejś prawdzie. Jaka prawda rządzi twoim życiem? Czy w ogóle mogą być różne prawdy, albo nawet dwie prawdy?
Oczywiście dla chrześcijanina jest tylko jedna Prawda. Syn Boży powiedział, kto jest prawdą: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”. To bardzo ważne, że Jezus mówił, iż On sam jest drogą dochodzenia do Prawdy, która daje życie, i to nie jakikolwiek rodzaj życia, tylko życie wieczne, życie spełnione, szczęśliwe. Życie, w którym nie ma już ani jednej najmniejszej troski, ani zmartwienia.
Jest droga do takich prawd, które w końcu dają Życie. Taką drogą są sakramenty! Jednym z nich jest małżeństwo, droga wspólnego samodoskonalenia się według prawd Jezusowych. Miłość nie jest na pewno zakochaniem się, afektem, fascynacją, lecz stałą troską o kogoś, nieustanną promocją, ciągłym wybieraniem tylko tej, a nie innej osoby. Jezus oddał swe życie za uczniów i nie zmienił ani jednego w grupie Dwunastu. Wytrwał w miłości do nich. Oddawać siebie komuś i oddawać swoje życie dla kogoś jest właśnie istotą małżeństwa. Chodzi o ciągłe wyrzekanie się swoich osobistych wyobrażeń, planów, celów, egoistycznych pragnień, dla dobra drugiej osoby.
To ciągłe zgadzanie się na czyjeś dobre strony, ale i na to, co niedoskonałe. Jezus nie miał idealnych uczniów, ale dzięki wspólnocie stawali się coraz lepsi. Kto zawiera małżeństwo, musi pamiętać, że nie wiąże się tylko dlatego, że ktoś jest piękny, atrakcyjny czy inteligentny, ale zgadza się także na wspólne dojrzewanie ku życiu wiecznemu. Wierzymy takiej osobie, która potrafi przyznać się do błędu, a nie takiej, która potrafi się jedynie usprawiedliwiać. Dla nas, chrześcijan, wzorem jest miłość, którą zobrazował we własnym życiu Jezus. Pokazał nam jej obraz w prawdach Biblii, i właściwie to jest najważniejszy prezent ślubny: Biblia! Miłość jest możliwa, jeśli dwie osoby tak samo się sobie ofiarują i tak samo siebie wybierają. W całym wszechświecie nie ma nic cudowniejszego niż poświęcenie. To nadaje sens naszemu istnieniu!
Małżeństwo najmocniej łączy, gdy przezwycięża pokusę koszmaru odrzucenia. Cierpienie udoskonala, jak czytamy w drugiej lekcji. To właśnie wtedy można prawdziwie kochać, gdy się chce kogoś najbardziej znienawidzić. Małżeństwo jest sakramentem – przypomina wzajemne przyjmowanie siebie w Komunii lub nieustanną spowiedź. Jezus powiedział: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś swoje życie oddaje za swoich przyjaciół”. Oddawać siebie jest jednocześnie przyjmowaniem kogoś, a jedność osiągnięta na tej drodze staje się ściślejsza niż ta, która istnieje między kwiatem a zapachem lub między smakiem owocu a nim samym.