Archiwa tagu: słowo

Zatęsknij !

Augustyn Pelanowski OSPPE

Czas nadejścia Chrystusa nie był wydarzeniem rozreklamowanym na całym świecie. Wystąpienie Jana Chrzciciela dokonało się na odległej prowincji Imperium. Skromność tego wydarzenia daje wiele do myślenia. Jan był rzeczywiście głosem wołającym na pustyni, głosem Boga rozlegającym się w świecie, w którym niewielu chciało słuchać Bożych napomnień.
Podobnie może być dzisiaj. Przyjście Jezusa do mnie lub do Ciebie odbywa się skromnie, na marginesie wielkich wydarzeń lub kłótni sejmowych. Akurat teraz, kiedy czytasz ten komentarz, Bóg czyta Twoje myśli i pragnie dopatrzyć się wzruszenia sumienia, pragnienia przemiany, tęsknoty za Nim. Nikt nie odczuwa szczęścia w tym, za czym prawdziwe wcześniej nie zatęsknił. Dlatego Bóg szuka w Tobie tęsknoty za nawróceniem. Jeśli ją masz, On umożliwi ci naprawienie Twojej ścieżki życia. Najwyższy bowiem daje człowiekowi to, za czym on naprawdę tęskni. Mamy czas do śmierci, gdyż po niej wcale nie będziemy inni niż za życia. Jeśli za życia tęskniliśmy tylko za dobrami materialnymi, władzą, wykorzystaniem innych, urządzeniem siebie w komforcie, po śmierci odkryjemy w sobie to samo, ale tam już będzie za późno na nawrócenie i tęsknotę za duchowym wzrostem. Pozostaniemy wiecznie złaknionymi tego, co zostawiliśmy na ziemi, a czego w niebie nie będzie. Wieczny, dręczący głód, nieskończone niezaspokojenie i rozpacz pomyłki, której nie da się naprawić. Wieczność stanie się bezdrożem, prowadzącym do coraz większej rozpaczy. Czy zdajesz sobie sprawę, że właśnie w tym momencie, gdy czytasz ten komentarz, Bóg przygląda się Tobie i doszukuje się tęsknoty za nawróceniem? Nie otrzymasz łaski nawrócenia, jeśli za nią naprawdę nie tęsknisz. Nadejście Chrystusa będzie wyprostowaniem moich i twoich ścieżek, podniesieniem w górę tych, co zapadli się w doliny smutku, upokorzeniem tych, co swą wyniosłością wznieśli się jak góry, spoglądając na innych z wysoka, surowym wyprostowaniem krętaczy i zaleczeniem poranionych z ich udręczenia, żalu i nieprzebaczenia.
Wołanie Jana opowiada tylko o drogach krzywych, wyboistych, wyniosłych, zdołowanych. Każdy człowiek podąża do celu wiecznego, ale żaden człowiek nie potrafi naprawić swojej drogi bez łaski Boga. Łaska jest dostępna dla tych, którzy okazują skruchę, dokonując pokuty. O to właśnie chodziło Janowi wówczas i dziś o to samo chodzi. Chrystus przychodzi każdego roku w dniach obchodzenia Jego narodzin. Mamy przygotować dla Niego drogę, aby mógł do nas przyjść. Przygotować drogę, to właśnie wydobyć się z dołu rozpaczy, zrezygnować z górowania nad innymi, zrezygnować z kłamliwego krętaczenia, uleczyć rany wyboiste w swoim sumieniu. Wszystko to możliwe jest dzięki skrusze i pokucie. Miłosierdzie chodzi tylko po ścieżkach skruchy, podobnie jak łódź płynie tylko po wodzie, a ptak tylko wznosi się w powietrze, albo samochód tylko jedzie po ulicy. Skrucha daje człowiekowi nadzieję i wydobywa go z rozpaczy oraz zwątpienia, uniemożliwia pychę i wyniosłość, demaskuje osobiste kłamstwa oraz leczy żal i złość, jakie gnieżdżą się w naszych krzywdach.

Rentgen sumień

Augustyn Pelanowski OSPPE

Trudno zapewne uwierzyć w to wszystko, co Jezus zapowiedział o znakach poprzedzających Jego przyjście, tym, którzy ciągle żyją w błogiej nieświadomości prawd objawionych. Nie da się sprowadzić zapowiedzi Jezusa jedynie do metafory. W czasach, w których raz po raz słyszymy o tsunami, wzmianka o trwodze narodów wobec szumu morza nie wydaje się już czymś fantastycznym. Rozumiemy także ostrzeżenie Jezusa o znakach na słońcu czy księżycu lub gwiazdach, gdy coraz częściej słyszymy o możliwości zderzenia się z Ziemią asteroidów średnicy kilkudziesięciu kilometrów.
W czasie ostatniego lata ludzie mdleli nie tylko ze strachu, ale i z upałów. Jeśli działanie promieni słońca doprowadziło do tysięcy zgonów ludzi chorych na serce, to co się stanie, gdy Słońce Sprawiedliwości, czyli Jezus Chrystus, rozbłyśnie nad naszym niebem? Ileż ludzi o duchowo chorym sercu nie wytrzyma tego „upału”? Przyroda wykroczyła ze swych granic podobnie jak człowiek, który przekroczył granice przykazań. Zdaje się, że możemy spodziewać się dalszej eskalacji zjawisk w świecie fizycznym, bo i człowiek posuwa się w swych nienormalnych, a nawet perwersyjnych pomysłach. W tym rozszalałym moralnie i fizycznie świecie mamy zachowywać mimo wszystko wstrzemięźliwość przed złem. Mimo presji społecznej, mimo mody i trendów kulturowych. Obżarstwo, pijaństwo, troski o komfort życia sprawiają, że serce jest ociężałe, pozbawione czujności duchowej sumienia. Można przegapić najważniejsze nawiedzenie ludzkości: powtórne przyjście Chrystusa. Jezus wzywa do modlitwy, bo dzień Jego przyjścia będzie tak niespodziewany i wstrząsający, że dla wielu stanie się potrzaskiem, atakiem serca, tsunami duszy. Objawienie się Syna Bożego będzie też jednoczesnym wydobyciem z naszego wnętrza wszystkiego, co w sobie ukrywamy. Wszystkie sprawy wyjdą na jaw. Gdy Bóg objawi się, my też doznamy objawienia się nas samych i tego, czym naprawdę jesteśmy! Nagłe objawienie się prawdy Boga spowoduje prześwietlenie wszystkich sumień i wielu ludzi nie wytrzyma objawienia się zawartości ich duszy, która okaże się obliczem wykrzywionym w grymasie podłości i wyniosłości, a nie uśmiechniętą maską dobroci.
Opowiadano mi swego czasu tragiczną historię o pewnej artystce, która uległa poparzeniu i musiała być poddana operacji plastycznej. Jej twarz została zeszpecona, ale dopóki leżała w łóżku szpitalnym z obandażowaną twarzą, przyjmowała odwiedzających ją przyjaciół oraz rodzinę i spotkania były pełne radości i coraz lepszego samopoczucia. Pewnego dnia mogła wstać i zdjęto jej opatrunki z twarzy. Stanęła przed lustrem. Widok oblicza był dla niej takim wstrząsem, że z rozpaczy odebrała sobie życie. Myślę o tym wydarzeniu, ponieważ takim właśnie dniem prawdy o obliczu naszej duszy będzie Dzień Pański. Nie wszyscy wytrzymają zderzenie z prawdą o samych sobie. Mogą znaleźć się tacy, którzy samych siebie odrzucą, nie zgodzą się na oblicze swej duszy i zapadną się w otchłań samoodrzucenia. Nie to jest prawdą o nas, co o sobie myślimy, lecz to, co się objawi w świetle Dnia Pańskiego

Z tęsknoty za boskością

Augustyn Pelanowski OSPPE

Ciekawe, nie napisano w Apokalipsie, że Jezus przyjdzie, tylko że przychodzi. Przychodzi nieustannie. Przyszedł też do Piłata, a ten, choć nie znalazł w Nim winy, nie odkrył w Nim kogoś, kto od win uwalnia. Na samym końcu roku liturgicznego Kościół odsłania przed nami ostatnią księgę Biblii, by dać nam do zrozumienia nieuchronny finisz świata, który jest teatrem opowiadania się za lub przeciw Bogu. W teatrze ludzie siadają na widowni i czekają, aż podniesie się kurtyna i odsłoni się scena. Przyglądając się aktorom, widzowie coraz bardziej rozpoznają samych siebie, swój osobisty dramat, najgłębsze motywy, ukryte wspomnienia, nieuświadomione myśli i przekonania. Jakże szybko poznajemy siebie, wpatrując się w kogoś!
Coś takiego powinno się pojawić w czasie rozważań apokaliptycznych. Księga powstała prawdopodobnie około 96 r., pod koniec panowania cesarza Domicjana. Miał on obsesję doznawania boskiej czci: chciał być panem bogiem dla swych poddanych. Ci, którzy temu się nie podporządkowali, byli oskarżani o ateizm. Pierwsi chrześcijanie byli prześladowani za ateizm! Domicjan zabił w 95 r. swego kuzyna Klemensa Flawiusza i wygnał jego siostrzenicę Flawię Domityllę właśnie z powodu ateizmu. Jan zapewne znalazł się na Patmos za odmowę uznania Domicjana za boga! Ostatecznie Domicjan padł ofiarą spisku i został zamordowany.
Ludzie tęsknią za boskością, pragną uwielbiać kogoś albo samych siebie. Przed jakim cesarzem albo Piłatem staniemy? Przed jakimi bożkami staniemy oko w oko, gdy będą domagały się kultu? Przed seksualnością? Przed chciwością? Przed pychą? A może drugi człowiek będzie dla ciebie panem albo panią i odwrócisz się od jedynego Pana? Gdy tylko wyrazisz wolę uczynienia Jezusa Panem, siły ciemności upomną się o swoje wpływy. Jezus może cię zbawić całkowicie, gdy całkowicie Mu się oddasz. Gdy oddasz tylko trochę, czyż trochę miałoby być zbawione? Apokalipsa jest zrozumiała tylko dla sług Boga. Gdy Baltazar ujrzał na ścianie swego pałacu rękę piszącą prorocze słowa, żaden mędrzec babiloński nie potrafił wyjaśnić tego przesłania. Dopiero Daniel odczytał i wytłumaczył Baltazarowi, że jego królestwo zostanie zniszczone. Tylko ci, którzy są sługami Boga, mają dostęp do tajemniczych Jego wyroków. Kto niczego nie ukrywa przed Bogiem, przed tym też Bóg niczego nie ukrywa.
Apokalipsa zaadresowana jest do siedmiu Kościołów, które są w Azji. Słowo AZJA w języku greckim (he asija) to mniej więcej tyle co kraj błotnisty. Podobnie hebrajski nazywa tę część świata: JAWAN, czyli błoto, bagno, kałuża, dół zagłady, muł. Po prostu śmiertelne niebezpieczeństwo. W Starym Testamencie słowo „Jawan” było synonimem ugrzęźnięcia w niewolę kulturową. W Apokalipsie odnajdujemy więc odsłonięcie i wyjaśnienie tego, co się dzieje: Kościół jest obrzucany błotem z powodu ateizmu wobec idoli tego świata.

Musisz mieć pragnienia

Augustyn Pelanowski OSPPE

Autor Listu do Hebrajczyków zachęca, byśmy zbliżyli się do tronu łaski, aby otrzymać miłosierdzie, gdyż Arcykapłan, który na nim zasiada, doskonale nas rozumie, bo sam został doświadczony ludzkim cierpieniem. Przybliżyć się – to krok najbardziej oczekiwany przez Boga. Dlatego też czytamy o synach Zebedeusza, którzy się zbliżyli do Jezusa, prosząc o przywilej zasiadania w chwale po prawicy i lewicy. Jezus tego pragnienia nie odrzuca, ale pyta, czy rozumieją, o co proszą? Chrześcijaństwo domaga się zrozumienia, bo jest odkrywaniem sensu istnienia. Prawdy wiary zawsze wymagają osobistej zgody i wyboru przez zrozumienie. A co najdziwniejsze, z im potężniejszą tajemnicą się spotykamy, tym bardziej prowokuje ona nas do myślenia. Jej nieprzenikalność sprawia, że jeszcze bardziej próbujemy ją przeniknąć. Wiara domaga się myślenia, choćby nigdy nie miała dojść do dna tajemnicy.
Jaki sens jest w pragnieniu, aby zasiadać po prawicy i lewicy Jezusa w Jego chwale? Przywilej zasiadania obok króla i spożywania z jednego kielicha był zarezerwowany dla ludzi z najwyższych sfer dworskich, zaufanych lub zasłużonych albo kogoś z rodziny. Jezus przewraca do góry nogami wyobrażenia apostołów, mówiąc, że skoro On nie przyszedł, by być obsługiwany, lecz po to, by być sługą i oddać życie jak niewolnik, to każdy, kto chce do Niego się zbliżyć, musi sobie postawić za cel to samo: być sługą, a nawet niewolnikiem innych, gotowym oddać życie. Czytając o tych dwóch miejscach obok Chrystusa, najczęściej wspominam apokaliptyczną wizję o DWÓCH ŚWIADKACH obleczonych w wory, którzy mieli prorokować przez 1260 dni. Ci dwaj zostaną zabici w symbolicznym mieście Sodoma i Egipt.
Apokalipsa mówi, że po trzech i pół dnia zostaną wskrzeszeni i wniebowzięci, po czym nastąpi wielkie trzęsienie ziemi, w którym zostanie zniszczona dziesiąta część miasta. Dwoma Świadkami są dwa Serca: Jezusa i Miriam, z których płynie oliwa miłości Boga, oświecająca nasze życie. Symbolika Egiptu odwołuje do ucisku politycznego i tyrani materializmu, Sodoma zaś symbolizuje demoralizację oraz promocję rozpusty i zboczeń. Mojżesz i Aaron wyprowadzili z niewoli Egiptu Izrael, dwaj aniołowie wyprowadzili z Sodomy Lota i jego córki. 1260 dni jest również liczbą symboliczną, gdyż jest wynikiem pomnożenia przez trzydzieści liczby 42, tak istotnej na kartach Biblii. 1260 dni to okres dojrzewania do pełni życia w Chrystusie, poczynając od wiary fundamentalnej, Abrahamowej.
Każdy z nas również staje przed wyborem między byciem świadkiem słowa Bożego a degradacją duchową w stylu Sodomy lub Egiptu. Dlatego tak ważne jest wzbudzenie w sobie pragnienia zbliżenia się do Chrystusa, które w sobie odkryli Jan i Jakub, bo bez pragnień nie ma wysiłku ani wyborów. Bez pragnień nie ma próby zrozumienia i efektu osiągnięcia.

Zawsze ten (ta) sam(a)

Augustyn Pelanowski OSPPE

Na pewno nie żyjemy tylko po to, aby przeżyć następny dzień. Nie żyje się też po to, żeby jeść, wyżyć się lub mieć święty spokój. Wyższe potrzeby człowieka: pragnienie godności, przynależności, pragnienie uczynienia czegoś szlachetnego, poświęcenie się i wreszcie miłość są dostępne już tylko tym, którzy mają jakąś duchowość. Duchowość jest zbudowana na jakiejś prawdzie. Jaka prawda rządzi twoim życiem? Czy w ogóle mogą być różne prawdy, albo nawet dwie prawdy?
Oczywiście dla chrześcijanina jest tylko jedna Prawda. Syn Boży powiedział, kto jest prawdą: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”. To bardzo ważne, że Jezus mówił, iż On sam jest drogą dochodzenia do Prawdy, która daje życie, i to nie jakikolwiek rodzaj życia, tylko życie wieczne, życie spełnione, szczęśliwe. Życie, w którym nie ma już ani jednej najmniejszej troski, ani zmartwienia.
Jest droga do takich prawd, które w końcu dają Życie. Taką drogą są sakramenty! Jednym z nich jest małżeństwo, droga wspólnego samodoskonalenia się według prawd Jezusowych. Miłość nie jest na pewno zakochaniem się, afektem, fascynacją, lecz stałą troską o kogoś, nieustanną promocją, ciągłym wybieraniem tylko tej, a nie innej osoby. Jezus oddał swe życie za uczniów i nie zmienił ani jednego w grupie Dwunastu. Wytrwał w miłości do nich. Oddawać siebie komuś i oddawać swoje życie dla kogoś jest właśnie istotą małżeństwa. Chodzi o ciągłe wyrzekanie się swoich osobistych wyobrażeń, planów, celów, egoistycznych pragnień, dla dobra drugiej osoby.
To ciągłe zgadzanie się na czyjeś dobre strony, ale i na to, co niedoskonałe. Jezus nie miał idealnych uczniów, ale dzięki wspólnocie stawali się coraz lepsi. Kto zawiera małżeństwo, musi pamiętać, że nie wiąże się tylko dlatego, że ktoś jest piękny, atrakcyjny czy inteligentny, ale zgadza się także na wspólne dojrzewanie ku życiu wiecznemu. Wierzymy takiej osobie, która potrafi przyznać się do błędu, a nie takiej, która potrafi się jedynie usprawiedliwiać. Dla nas, chrześcijan, wzorem jest miłość, którą zobrazował we własnym życiu Jezus. Pokazał nam jej obraz w prawdach Biblii, i właściwie to jest najważniejszy prezent ślubny: Biblia! Miłość jest możliwa, jeśli dwie osoby tak samo się sobie ofiarują i tak samo siebie wybierają. W całym wszechświecie nie ma nic cudowniejszego niż poświęcenie. To nadaje sens naszemu istnieniu!
Małżeństwo najmocniej łączy, gdy przezwycięża pokusę koszmaru odrzucenia. Cierpienie udoskonala, jak czytamy w drugiej lekcji. To właśnie wtedy można prawdziwie kochać, gdy się chce kogoś najbardziej znienawidzić. Małżeństwo jest sakramentem – przypomina wzajemne przyjmowanie siebie w Komunii lub nieustanną spowiedź. Jezus powiedział: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś swoje życie oddaje za swoich przyjaciół”. Oddawać siebie jest jednocześnie przyjmowaniem kogoś, a jedność osiągnięta na tej drodze staje się ściślejsza niż ta, która istnieje między kwiatem a zapachem lub między smakiem owocu a nim samym.

W TROSCE O WSPÓLNY DOM List Pasterski Episkopatu Polski w liturgiczne wspomnienie św. Franciszka z Asyżu 4 października 2018 r.

 Bracia i Siostry!

Odczytany dziś fragment Mateuszowej Ewangelii odsłania tajemnice Jezusowego serca. Jezus zaprasza nas do podjęcia powierzonych nam zadań razem z Nim. Ewangeliczne „jarzmo i ciężar” odnoszą się do obowiązków, jakie nakłada na nas prawo Boże. Jego jarzmem jest jednak przede wszystkim miłość, zarówno do człowieka, jak i całego dzieła stworzenia. Miłość to jedyna droga, dzięki której każde ludzkie serce pozwala nam odczuwać potrzeby i prawa innych jako własne. Logika miłości chroni nas przed egoistycznym podbojem stworzonego świata i stanowi filar, na którym opiera się trwałość ludzkich relacji oraz harmonia naszego współżycia ze światem stworzonym.

1. Jesteśmy odpowiedzialni za kształtowanie piękna świata stworzonego.

Godność człowieka powołanego do życia w jedności z Bogiem i innymi stworzeniami stoi u podstaw jego odpowiedzialności za całe dzieło stworzenia. Psalmista rozważając wielkość człowieka mówi: „Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś. Obdarzyłeś go władzą nad dziełami rąk Twoich; złożyłeś wszystko pod jego stopy” (Ps 8, 5-7).
Człowiek na przestrzeni dziejów usłyszał Boże wezwanie z Księgi Rodzaju: „Czyńcie sobie ziemię poddaną” (Rdz 1, 28). „Z pomocą nauki i techniki, rozszerzył swoje władanie na niemal całą przyrodę i stale je poszerza” (Gaudium et Spes, 33). Często jednak ta działalność skażona jest ludzkim egoizmem. Dlatego też, jak pisze papież Franciszek w encyklice Laudato sì, ziemia – nasza siostra „protestuje z powodu zła, jakie jej wyrządzamy nieodpowiedzialnym wykorzystywaniem i rabunkową eksploatacją dóbr, które Bóg w niej umieścił. Dorastaliśmy myśląc – kontynuuje papież – że jesteśmy jej właścicielami i rządcami uprawnionymi do jej ograbienia. Przemoc, jaka istnieje w ludzkich sercach zranionych grzechem, wyraża się również w objawach choroby, jaką dostrzegamy w glebie, wodzie, powietrzu i w istotach żywych” (Laudato sì, 2).
Z naszej polskiej perspektywy w ostatnich latach dostrzegamy tę chorobę w zanieczyszczonym powietrzu. W tym zakresie statystyki są nieubłagane. Wśród 50 europejskich miast z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem, aż 33 znajduje się w Polsce. Roczna liczba zgonów spowodowana tą sytuacją szacowana jest na prawie 40 tysięcy. Smog zabija. Niskiej jakości paliwa spalane w przestarzałych piecach, toksyczne spaliny będące efektem wzmożonego ruchu samochodów na zatłoczonych drogach, w powiązaniu z bezwietrzną pogodą doprowadzają do przekraczania nawet o kilkaset procent normy jakości powietrza. Smog jest czasami tak uciążliwy, że nawet przy zamkniętych oknach czujniki wewnątrz pomieszczeń wciąż wskazują na silne zanieczyszczenie powietrza, którym oddychamy.
Z nadzieją należy przyjąć wszystkie inicjatywy mające na względzie poprawę jakości powietrza. Ufamy, że programy ochrony powietrza, opracowane i wdrażane na szczeblu krajowym, regionalnym i lokalnym, pomogą zmienić stopniowo obecną sytuację i poprawić ekologiczne warunki życia w naszym kraju. Wiemy jednak, że nawet najlepsze prawo nie przyniesie pożądanego skutku bez zaangażowania wszystkich, którzy za sprawę czystego powietrza są odpowiedzialni. Potrzeba środków materialnych, subwencji dla pragnących unowocześnić system ogrzewania, a których zwyczajnie na to nie stać. Trzeba przede wszystkim zdecydowanej postawy, nie tylko ze strony administracji państwowej i samorządowej wszystkich szczebli, ale też ludzi dobrej woli. Nikt nie powinien mówić, że to nie jego sprawa, bo wszyscy potrzebujemy czystego powietrza, aby żyć. Ostatecznie troska o środowisko naturalne, zwłaszcza zaniechanie troski o czystość powietrza to sprawa sumienia, które powinno być wrażliwe na sprawy ekologii.

2. Ekologia integralna i wezwanie do nawrócenia

Papież Franciszek w encyklice Laudato sì przypomina, że „wszystko jest ze sobą powiązane. Dlatego konieczne jest połączenie troski o środowisko ze szczerą miłością do człowieka i z ciągłym zaangażowaniem wobec problemów społeczeństwa” (Laudato sì, 91). Środowisko, którego integralną częścią jest powietrze, „jest dobrem publicznym, mieniem całej ludzkości i wszyscy są za nie odpowiedzialni. Ten, kto posiada jego część, ma ją jedynie po to, aby zarządzać nią dla dobra wszystkich. Jeśli tego nie czynimy, to bierzemy na swe sumienie ciężar zaprzeczenia istnieniu innych” (Laudato sì, 95).
To mocne przesłanie papieża dotyczące dobra wspólnego trzeba rozszerzyć na inne kwestie ekologiczne. Mimo, że od upadku gospodarki socjalistycznej w naszym kraju upłynęło już wiele lat, to jednak skutki braku poszanowania godności człowieka i dewastacji środowiska naturalnego z tamtego okresu wciąż dają o sobie znać. Zdegradowane tereny rolne i leśne, zniszczona wskutek szkód górniczych zabudowa, zapadliska tektoniczne, hałdy, zwałowiska, zatruta gleba, woda, zanieczyszczone powietrze – to wszystko świadczy o tym, że nie zawsze troszczono się właściwie o wspólny dom. Do dziś licznie rozsiane na terenie kraju – zwłaszcza w rejonach silnie uprzemysłowionych – „niewypały ekologiczne” zagrażają zdrowiu i życiu mieszkańców. Do tych niechlubnych pozostałości minionej epoki dołączają nowe zagrożenia. Niepohamowana chęć zysku przy braku wyobraźni popycha niektórych do czynienia z naszego kraju śmietniska Europy, które próbuje się potem prymitywnie likwidować, podpalając rękami „nieznanych sprawców”.
Zdajemy sobie również sprawę, że klimat podlega zmianom. Nie bez znaczenia jest też działalność człowieka, który wraz z rosnącą produkcją i konsumpcją przyczynia się do wzrostu stężenia gazów cieplarnianych. W związku z tym trzeba ograniczać szkodliwą dla środowiska działalność człowieka, umiejętnie gospodarować paliwami kopalnymi i rozwijać odnawialne źródła energii oraz uczyć oszczędnego korzystania ze źródeł energii. To zadanie spoczywa przede wszystkim na posiadających władzę polityczną, ekonomiczną i na kierujących szkolnictwem.
Ufamy, że 24. Sesja Konferencji Stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu (COP 24), która w grudniu tego roku odbędzie się w Katowicach, pomoże zjednoczyć wysiłki wszystkich krajów w tej sprawie. Zachęcamy do modlitwy w tej intencji, aby Duch Święty przemieniał ludzkie serca, prowadząc je do zgody i jedności w trosce o nasz wspólny dom.

3. Nawrócenie ekologiczne czyli przemiana serca i sumienia

„Cała ludzkość wezwana jest do uświadomienia sobie konieczności zmiany stylu życia, produkcji i konsumpcji, by powstrzymać globalne ocieplenie albo przynajmniej wyeliminować przyczyny wynikające z działalności człowieka” (Laudato sì, 23). Do refleksji, której celem jest uwrażliwienie sumienia na kwestie ekologiczne, trzeba jeszcze dodać sprawy o wiele bliższe przeciętnemu odbiorcy tego listu. Warto spojrzeć na samego siebie i zapytać choćby o egoistyczny, konsumpcyjny styl życia, który grozi nam wszystkim, a ma swoje źródło w zapomnieniu o Bogu. Stworzenie bez Stworzyciela zanika – przypomina Sobór Watykański II (por. Gaudium et Spes, 36).
Pierwszą ofiarą tego zapomnienia jest zawsze sam człowiek, a po nim świat stworzony. Niepohamowane gromadzenie dóbr, wyzysk i niszczenie przyrody, znęcanie się nad zwierzętami, zaśmiecanie lasów, obrzeży dróg, oceanów, powietrza, przestrzeni kosmicznej, nadużywanie wszystkiego tego, co z Bożej ręki otrzymaliśmy – to niepełny katalog grzechów ekologicznych.
Grzech powtarzany tworzy specyficzny typ mentalności – „kulturę odrzucenia”. Według tego sposobu myślenia, „życie ludzkie, osoba nie są już postrzegane jako podstawowa wartość, którą należy szanować i chronić, zwłaszcza jeśli osoba jest uboga lub niepełnosprawna, jeśli nie jest jeszcze przydatna – jak dziecko mające przyjść na świat, lub już nie jest przydatna – jak osoba w podeszłym wieku. Ta kultura odrzucania sprawiła, że staliśmy się niewrażliwi również na marnowanie i wyrzucanie żywności, co jeszcze bardziej zasługuje na potępienie, kiedy w każdej części świata, niestety, liczne osoby i rodziny cierpią na skutek głodu i niedożywienia” (papież Franciszek, audiencja generalna, 5 czerwca 2013 r.).
Nie ulega wątpliwości, że kryzys ekologiczny, którego objawy zostały przedstawione w niniejszym liście jest problemem moralnym. Poznanie prawdy, rachunek sumienia z grzechów to pierwszy krok na drodze przemiany. W encyklice Laudato sì papież Franciszek stwierdził, że jako wierzący potrzebujemy „nawrócenia ekologicznego”, które stając się owocem spotkania z Jezusem, będzie zmieniało nasz stosunek do świata (por. Laudato sì, 217).

4. Odbuduj zrujnowany świat!

Najlepszym przykładem takiego nawrócenia jest Biedaczyna z Asyżu – św. Franciszek, którego dziś wspominamy w liturgii. Jego życie wiodło przez beztroską młodość i poszukiwanie własnej chwały aż do radykalnego nawrócenia. Doznawszy wewnętrznego upokorzenia przeżył duchową przemianę. Spotkał Chrystusa w trędowatym, a następnie w kościółku św. Damiana przyjął przesłanie Ukrzyżowanego, by „odbudować Kościół, który leży w ruinie”.
Miłość do Boga zaowocowała w jego życiu umiłowaniem ubóstwa, prostotą życia, bezinteresowną służbą innym i szczególnym stosunkiem do stworzonego świata. Nie utożsamiając przyrody z Bogiem, zauważał w stworzeniach owoc miłości, dobroci i piękna Stwórcy, i darzył je braterską miłością. Po otrzymaniu stygmatów Męki Pańskiej, napisał piękny hymn, w którym chwali Pana przez słońce, księżyc, wiatr, siostrę wodę, ziemię, która rodzi różne owoce, kwiaty oraz trawy. Dostrzegał Stworzyciela i stworzenie. W Boga wierzył, a stworzenie szanował, gdyż czuł się jego istotną częścią.

Drodzy Bracia i Siostry!

Oby przykład i wstawiennictwo św. Franciszka stały się dla nas zachętą do pracy nad sobą, do walki z naszym egoizmem i obojętnością na losy drugiego człowieka i świata.
Słowa wdzięczności należą się tym, którzy od lat zabiegają o ochronę środowiska. Niech Biedaczyna z Asyżu pomoże nam być dobrymi stróżami Bożego stworzenia, aby wspólny dom jakim jest ziemia, służył nam i przyszłym pokoleniom.

Podpisali: Kardynałowie, Arcybiskupi i Biskupi
obecni na 380. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski,
Płock, 25-26 września 2018 r.

Duma upokarza

Augustyn Pelanowski OSPPE

Ubóstwo jest prawdą o każdym z nas, ale tylko najodważniejsi zdobywają się je zamanifestować bez rozpaczy, lecz z radością. Czym jest uniżenie siebie? Odkryciem, że nigdy nie było się tym, za kogo się uchodziło. Im radykalniej ktoś zabiega o swój prestiż, tym potężniejszy tworzy się w nim lęk przed zdemaskowaniem. A lęk domaga się obrony, zaś najlepszą obroną jest atak. Oto geneza wszelkich wojen. Najtrudniej przyjąć prawdę, która zdziera maski i odsłania nędzę. Pierwszym krokiem ku zalecanemu przez Chrystusa uniżeniu jest uznanie w sobie wad, a nie cnót; przyznanie się do tego, na co nas nie stać, a nie wmawianie sobie tego, na co nas stać. Być ostatnim i to jeszcze ostatnim dzieciakiem nie jest łatwo. Czy zniósłbyś ironiczną uwagę kogoś, kto niezbyt darzy cię sympatią, gdyby w oczy powiedział o tobie: dzieciak!? Gdybyś to zniósł i w twoim wnętrzu nie obudziłaby się nawet iskra oburzenia, oznaczałoby to, że jesteś uczniem Chrystusa.
Gdy byłem bardzo młodym kapłanem, pewna zakonnica właśnie tak mi powiedziała, patrząc w oczy: dzieciak! Przeżyłem to słowo jak termometr włożony dziecku pod pachę, gdy gorączkuje. Gorączka dumy była jednak zbyt wysoka i wybuchłem oburzeniem. A oburzenie, nawet usprawiedliwione, jest odruchem duszy zbyt podejrzanym, aby ksiądz mógł mu ulegać – napisał Bernanos. Nie potrafiłem znieść takiego uniżającego mnie programu, który zapewne sam Jezus wymyślił, by mnie uzdolnić do bycia Jego uczniem. Moja duma mnie upokarza i zawstydza. Czuję się taki mały, gdy wychodzi na jaw, jak kurczowo trzymam się wielkości. Jak śmiesznie wygląda dziecko, które przebiera się w marynarkę ojca, wkłada jego ogromne buty, w których wygląda jak w płetwach, i zakłada jego kapelusz trzymający się jedynie na uszach. Nikt z nas nie jest dojrzały, każdy jest dzieciakiem. Schylam ze wstydem głowę, gdy łapię się na pragnieniu patrzenia na innych z góry.
Jezus nigdy nie stał się człowiekiem z przeszłości i Jego propozycje świeżo wybrzmiewają w pamięci, jakby się je słyszało kilka godzin wcześniej wprost z Jego ust. Czytając Ewangelię, niekiedy mam wrażenie, że nie ja ją czytam, tylko ona mnie. Odczytuje we mnie na głos wszystko to, co boję się powiedzieć szeptem nawet sam do siebie. Milczę, choć widzę wewnętrznie, jak Jezus wydobywa ze mnie dzieciaka i zachęca mnie, bym go przyjął; bym przy-jął moją niedojrzałość z miłością, bez wymagań, bez roszczeń, bez buntu, bez nienawiści. Ostatecznie Jezus zaczął w ten sam sposób: najpierw był dzieckiem.
O wiele trudniej być Bogu człowiekiem, niż dorosłemu człowiekowi uznać w sobie dziecięcą niedojrzałość, której ambitnie zaprzecza we wszelkich okazjach do wyniesienia się ponad innymi. A przecież tuż za zgodą na swą niedojrzałość i małość czeka na nas pokój uśmierzający wszelkie spory, a nawet wojny, jak brzoskwiniowy ogród za ceglanym murem.

Bóg nadstawia za mnie pierś

Augustyn Pelanowski OSPPE

Bóg całą pomstę zła tego świata przyjął na siebie w swoim Synu. Myślę o Nim jak o wojowniku, który nadstawia swoją pierś na ciosy wroga, by w ten sposób zasłonić swoich przyjaciół. Jezus Chrystus jest wybawcą, czyli tym, który wybawia od wszelkich nieszczęść, a nade wszystko od śmierci. Jest tylko jeden najskuteczniejszy sposób wybawienia od zła: skierować je na siebie samego. Dlatego strofuje Piotra słowami: „zejdź mi z oczu, szatanie”. Gdyby Chrystus uratował siebie przed krzyżem, to kto na nim by zawisł? Piotr, ja, ty? Każdy z nas! Gdyby Chrystus nie przyjął przekleństw na siebie, każdy z nas pędziłby przeklęty żywot do końca swoich dni i poza nimi, przez wieczność.
Rozważając pragnienie Jezusa przyjęcia odrzucenia i ukrzyżowania, uświadamiam sobie z wdzięcznością położenie, w którym się znalazłem dzięki Niemu: jestem zbawiony nie tylko od śmierci czy potępienia, ale nawet od tysięcy katastrof, jakie niechybnie by mnie spotkały w życiu, gdybym nie żył życiem Jezusa. Żyję schowany za plecami Boga, który swoją pierś, a nawet serce nadstawił na to wszystko, co mogło mnie spotkać w przeszłości i w przyszłości. Jak wielu nieszczęść uniknąłem? Wiem na pewno, że trzy razy śmierci z niezrozumiałych dla mnie do końca powodów, które nie mieszczą się w pojęciu „przypadek”, a nawet słowo „cud” jest jak but o za małym rozmiarze. Życie jest polem bitwy, na którym ciosy padają nieustannie z każdej strony. W każdej chwili może dopaść mnie lub ciebie ból lub śmierć, ale idziemy osłonięci plecami Boga. Pragnę jeszcze bardziej wtulić się w Niego, usłyszeć bicie Jego serca, otoczyć ramionami Jego ciało, przylgnąć nierozerwalnie na zawsze i iść dalej, aż wyprowadzi mnie poza obszar bitwy, w jaką przeobraził się ten świat.
Największą iluzją jest racjonalne przekonanie, że można się obywać bez Boga na tym świecie. A jeszcze większą jest ta, gdy ktoś myśli, że nie potrzebuje Boga do obrony przed samym sobą. Przecież jesteśmy wrogami dla samych siebie bardziej niż dla innych. Ileż w nas kotłuje się pogardy, agresji, wstrętu, nienawiści, która wybucha z byle powodu! Ileż w nas niechęci do własnej przyszłości, ile ironii do własnych możliwości! Ile niewiary w zdolności i zawsze ten niepokój o to, że jesteśmy w czymkolwiek gorsi od innych, nawet gdy wyraźnie triumfujemy. Nie znosimy siebie, uznając siebie za najpodlejszych i przewrotnych, chciwych i zepsutych. Krzyżujemy siebie każdego dnia, a jeszcze bardziej w bezsenną noc, gdy pod zamkniętymi powiekami przesuwają się nam nieudane chwile, w których nie byliśmy tacy, jakimi chcieliśmy być. Te wszystkie potknięcia, niezgrabności, kłamstwa, głupstwa czy chamstwo. Nie trzeba być złoczyńcą, by wisieć na krzyżu. Wystarczy być tylko niezgrabnym człowiekiem, by nieludzko siebie nienawidzić. Kto nas obroni przed nami samymi? Tylko On jeden.

Pułapka doskonałości

Augustyn Pelanowski OSPPE

Człowiek niezmiernie łatwo oszukuje siebie samego. Ludzie, z którymi rozmawiał Jezus, włożyli naprawdę wiele wysiłków w to, by być doskonałymi. Z religijnej powinności i z troski o nieskazitelność niezauważalnie zabrnęli w pułapkę obsesji, lęku, perfekcjonizmu i obłudy. Usiłowali dokonać kosmetyki swej osobowości, by przekształcić siebie w idealne istoty bez skazy. Doskonałość stała się dla nich zasadzką, w której utknęli. Zapewne szokiem były dla nich słowa Jezusa, który zdemaskował te wysiłki i ujawnił, że im człowiek usilniej dba o zewnętrzną nieskazitelność, tym bardziej ukrywa wewnętrzny bałagan moralny. Chcemy być perfekcyjni, dokładni, spełniający swoje ambicje, a nawet złośliwie krytyczni wobec tych, którzy nie mogą się poszczycić takimi efektami doskonałości jak my. Uciekamy od możliwości objawienia się nam prawdy o naszym wnętrzu. A przecież „Nieżywa mucha zepsuje naczynie wonnego olejku. Bardziej niż mądrość, niż sława zaważy trochę głupoty” (Koh 10,1).
Obok ambicji bycia wybitnym naukowcem, albo zadartonosym politykiem czy też słynnym fotoreporterem, istnieje też ambicja duchowej nieskazitelności. To, że ktoś ma zainteresowania religijne, wcale nie znaczy, że pozbył się dumy, wręcz przeciwnie, ona wtedy jeszcze bardziej daje o sobie znać. Prawdziwa świętość nie jest nastawiona na wyszukiwanie u innych dowodów grzeszności, a taką właśnie religijność mieli rozmówcy Jezusa.
Na tym świecie trzeba się pogodzić chyba ze wszystkim, oprócz grzechu. Tymczasem żyjemy niepogodzeni, o czym nawet nie wiemy. A właśnie grzech posługuje się wszystkim i wszystkimi, abyśmy żyli w tym niepogodzeniu. Ta niezgoda objawia się na zewnątrz w postaci oskarżeń innych ludzi. Przez skłonność do wyszukiwania u innych błędów moralnych daje o sobie znać najbardziej ukryty grzech.
Jak więc pozbyć się zła? Wyszukując go u innych, czy przyznając się do niego w sobie? Nie wiemy, jak radzić sobie z grzechem. Nie wiemy, co uczynić, by się go pozbyć, i wybieramy najczęściej najłatwiejszą drogę: ukrywanie! Ukrywamy cały ten brud jakby pokrywką od naczynia, a samo naczynie, czyli naszą zewnętrzną stronę istnienia, pokrywamy wtedy anielskimi ozdobami ambicji i perfekcji. Prorok Zachariasz miał pewnego razu taką właśnie wizję bezbożności. Zobaczył naczynie, które było unoszone przez dwóch aniołów, ale ta anielska powierzchowność ukrywała we wnętrzu naczynia zgoła zaskakującą tajemnicę. Zachariasz stał zdumiony i wpatrywał się w naczynie zbliżające się do niego. Gdy już było zupełnie blisko, zapytał swego anielskiego cicerone: „Co to jest? Odpowiedział: Zbliża się dzban. I dodał: To zresztą można zobaczyć w każdym zakątku świata. Potem podniosła się ołowiana pokrywa i zobaczyłem we wnętrzu dzbana siedzącą kobietę. I rzekł: To jest bezbożność, i zepchnął ją z powrotem do wnętrza dzbana, a otwór zakrył ołowianą płytą” (Zach 5,6–9).

Stągwie oczyszczenia

StągwieAugustyn Pelanowski OSPPE

Od dawna podkreślano wyjątkową rolę Matki, która wymogła na Jezusie cudowne działanie. Zwykłe wesele stało się niezwykłym projektem eucharystycznej tajemnicy, a nawet wiecznego ucztowania w niebie. Duża część naszego życia przebiega w przekonaniu o bezwartościowości naszych przeżyć. To błąd. Wszystko jest istotne. Wybór małżonka, charakter naszych zranień, decyzje o podjęciu pracy, grzech i nawrócenie, zaległe i zepchnięte w nieświadomość uczucia żalu czy złości oraz zdobycie się na przebaczenie i pogodzenie. To ma znaczenie nie tylko dla naszego życia tu, na ziemi, lub dla naszej wieczności, wpływa też na los innych. Emanujemy tym wszystkim, co się w nas ukrywa. Tym bardziej mają znaczenie takie fakty jak chrzest czy Eucharystia. Są to fakty, których do końca nie jesteśmy w stanie poznać, dlatego Kościół nazywa je sakramentami, bo w polu naszego poznania dostrzegamy tylko powierzchnie tych misteriów.
Zwróćmy uwagę na jeden szczegół – na owe stągwie służące do oczyszczenia rytualnego. Oczyszczenie dokonane przez Jezusa to rzeczywiste obmycie nas i uczynienie czystymi w Jego oczach. Osoba, która zainicjowała ten cud, była czystą, niepokalaną kobietą. Uprzednio oczyszczona przez Boga, aby mogła nieustannie prowadzić proces oczyszczania w naszych sumieniach. Biblia mówi, że tylko ludzie czystego serca będą oglądać Boga. Jezus nazywa Apostołów na Ostatniej Wieczerzy czystymi, ponieważ wytrzymali tę falę słów Jezusa, która ciągle obmywała ich serca i umysły. Bardzo często w listach Pawła słowo, które oznacza czystość lub oczyszczenie, jest kojarzone z krystalicznym sumieniem, czystym sercem, nieskalanością, odpornością na brudy tego świata. List do Hebrajczyków nazywa w pierwszym rozdziale dzieło Jezusa oczyszczeniem z grzechów. Toteż obecność Niepokalanej przy tym akurat cudzie nie jest przypadkowa, ponieważ cud Kany jest początkiem dzieła oczyszczenia z grzechów, uczynienia nas nieskalanym pokoleniem, podobnym do Matki Jezusa, i łączy się zarówno z chrztem Jezusa w Jordanie, jak i chrztem krzyża na Golgocie. Ona jest oczyszczona ante Crucem (przed krzyżem), my post Crucem (po krzyżu), dzięki tej godzinie, w której z Jezusowego boku wypłynęła krew i woda. Może właśnie dlatego stała tam, przy tych stągwiach, służących do oczyszczenia, niepokalana i czysta, abyśmy nabrali pewnego wyobrażenia wiary, do jakiej czystości doprowadzi nas Jej Syn? Ivo z Chartres powiedział: „Cokolwiek widzimy w Maryi, możemy też dostrzec to w Kościele”. Stojąc przy tych stągwiach, które kierują uwagę w stronę dzieła oczyszczenia z grzechów, Maryja wskazuje miejsce Kościoła. Kościół prosi Jezusa o nieustanne oczyszczanie. Kościół prosi przy każdym chrzcie o to, by dziecko trzymane nad stągwią chrzcielną zostało obmyte z dziedzictwa grzechu i uwolnione od sił szatana, zupełnie tak jak Maryja, kiedy prosiła Jezusa o cud! Maryja dała zbawienie ludom, Kościół daje ludy Zbawicielowi, jak to wyraził pięknie Cezary z Arles.