Archiwa tagu: słowo

Zawsze ten (ta) sam(a)

Augustyn Pelanowski OSPPE

Na pewno nie żyjemy tylko po to, aby przeżyć następny dzień. Nie żyje się też po to, żeby jeść, wyżyć się lub mieć święty spokój. Wyższe potrzeby człowieka: pragnienie godności, przynależności, pragnienie uczynienia czegoś szlachetnego, poświęcenie się i wreszcie miłość są dostępne już tylko tym, którzy mają jakąś duchowość. Duchowość jest zbudowana na jakiejś prawdzie. Jaka prawda rządzi twoim życiem? Czy w ogóle mogą być różne prawdy, albo nawet dwie prawdy?
Oczywiście dla chrześcijanina jest tylko jedna Prawda. Syn Boży powiedział, kto jest prawdą: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”. To bardzo ważne, że Jezus mówił, iż On sam jest drogą dochodzenia do Prawdy, która daje życie, i to nie jakikolwiek rodzaj życia, tylko życie wieczne, życie spełnione, szczęśliwe. Życie, w którym nie ma już ani jednej najmniejszej troski, ani zmartwienia.
Jest droga do takich prawd, które w końcu dają Życie. Taką drogą są sakramenty! Jednym z nich jest małżeństwo, droga wspólnego samodoskonalenia się według prawd Jezusowych. Miłość nie jest na pewno zakochaniem się, afektem, fascynacją, lecz stałą troską o kogoś, nieustanną promocją, ciągłym wybieraniem tylko tej, a nie innej osoby. Jezus oddał swe życie za uczniów i nie zmienił ani jednego w grupie Dwunastu. Wytrwał w miłości do nich. Oddawać siebie komuś i oddawać swoje życie dla kogoś jest właśnie istotą małżeństwa. Chodzi o ciągłe wyrzekanie się swoich osobistych wyobrażeń, planów, celów, egoistycznych pragnień, dla dobra drugiej osoby.
To ciągłe zgadzanie się na czyjeś dobre strony, ale i na to, co niedoskonałe. Jezus nie miał idealnych uczniów, ale dzięki wspólnocie stawali się coraz lepsi. Kto zawiera małżeństwo, musi pamiętać, że nie wiąże się tylko dlatego, że ktoś jest piękny, atrakcyjny czy inteligentny, ale zgadza się także na wspólne dojrzewanie ku życiu wiecznemu. Wierzymy takiej osobie, która potrafi przyznać się do błędu, a nie takiej, która potrafi się jedynie usprawiedliwiać. Dla nas, chrześcijan, wzorem jest miłość, którą zobrazował we własnym życiu Jezus. Pokazał nam jej obraz w prawdach Biblii, i właściwie to jest najważniejszy prezent ślubny: Biblia! Miłość jest możliwa, jeśli dwie osoby tak samo się sobie ofiarują i tak samo siebie wybierają. W całym wszechświecie nie ma nic cudowniejszego niż poświęcenie. To nadaje sens naszemu istnieniu!
Małżeństwo najmocniej łączy, gdy przezwycięża pokusę koszmaru odrzucenia. Cierpienie udoskonala, jak czytamy w drugiej lekcji. To właśnie wtedy można prawdziwie kochać, gdy się chce kogoś najbardziej znienawidzić. Małżeństwo jest sakramentem – przypomina wzajemne przyjmowanie siebie w Komunii lub nieustanną spowiedź. Jezus powiedział: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś swoje życie oddaje za swoich przyjaciół”. Oddawać siebie jest jednocześnie przyjmowaniem kogoś, a jedność osiągnięta na tej drodze staje się ściślejsza niż ta, która istnieje między kwiatem a zapachem lub między smakiem owocu a nim samym.

W TROSCE O WSPÓLNY DOM List Pasterski Episkopatu Polski w liturgiczne wspomnienie św. Franciszka z Asyżu 4 października 2018 r.

 Bracia i Siostry!

Odczytany dziś fragment Mateuszowej Ewangelii odsłania tajemnice Jezusowego serca. Jezus zaprasza nas do podjęcia powierzonych nam zadań razem z Nim. Ewangeliczne „jarzmo i ciężar” odnoszą się do obowiązków, jakie nakłada na nas prawo Boże. Jego jarzmem jest jednak przede wszystkim miłość, zarówno do człowieka, jak i całego dzieła stworzenia. Miłość to jedyna droga, dzięki której każde ludzkie serce pozwala nam odczuwać potrzeby i prawa innych jako własne. Logika miłości chroni nas przed egoistycznym podbojem stworzonego świata i stanowi filar, na którym opiera się trwałość ludzkich relacji oraz harmonia naszego współżycia ze światem stworzonym.

1. Jesteśmy odpowiedzialni za kształtowanie piękna świata stworzonego.

Godność człowieka powołanego do życia w jedności z Bogiem i innymi stworzeniami stoi u podstaw jego odpowiedzialności za całe dzieło stworzenia. Psalmista rozważając wielkość człowieka mówi: „Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś. Obdarzyłeś go władzą nad dziełami rąk Twoich; złożyłeś wszystko pod jego stopy” (Ps 8, 5-7).
Człowiek na przestrzeni dziejów usłyszał Boże wezwanie z Księgi Rodzaju: „Czyńcie sobie ziemię poddaną” (Rdz 1, 28). „Z pomocą nauki i techniki, rozszerzył swoje władanie na niemal całą przyrodę i stale je poszerza” (Gaudium et Spes, 33). Często jednak ta działalność skażona jest ludzkim egoizmem. Dlatego też, jak pisze papież Franciszek w encyklice Laudato sì, ziemia – nasza siostra „protestuje z powodu zła, jakie jej wyrządzamy nieodpowiedzialnym wykorzystywaniem i rabunkową eksploatacją dóbr, które Bóg w niej umieścił. Dorastaliśmy myśląc – kontynuuje papież – że jesteśmy jej właścicielami i rządcami uprawnionymi do jej ograbienia. Przemoc, jaka istnieje w ludzkich sercach zranionych grzechem, wyraża się również w objawach choroby, jaką dostrzegamy w glebie, wodzie, powietrzu i w istotach żywych” (Laudato sì, 2).
Z naszej polskiej perspektywy w ostatnich latach dostrzegamy tę chorobę w zanieczyszczonym powietrzu. W tym zakresie statystyki są nieubłagane. Wśród 50 europejskich miast z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem, aż 33 znajduje się w Polsce. Roczna liczba zgonów spowodowana tą sytuacją szacowana jest na prawie 40 tysięcy. Smog zabija. Niskiej jakości paliwa spalane w przestarzałych piecach, toksyczne spaliny będące efektem wzmożonego ruchu samochodów na zatłoczonych drogach, w powiązaniu z bezwietrzną pogodą doprowadzają do przekraczania nawet o kilkaset procent normy jakości powietrza. Smog jest czasami tak uciążliwy, że nawet przy zamkniętych oknach czujniki wewnątrz pomieszczeń wciąż wskazują na silne zanieczyszczenie powietrza, którym oddychamy.
Z nadzieją należy przyjąć wszystkie inicjatywy mające na względzie poprawę jakości powietrza. Ufamy, że programy ochrony powietrza, opracowane i wdrażane na szczeblu krajowym, regionalnym i lokalnym, pomogą zmienić stopniowo obecną sytuację i poprawić ekologiczne warunki życia w naszym kraju. Wiemy jednak, że nawet najlepsze prawo nie przyniesie pożądanego skutku bez zaangażowania wszystkich, którzy za sprawę czystego powietrza są odpowiedzialni. Potrzeba środków materialnych, subwencji dla pragnących unowocześnić system ogrzewania, a których zwyczajnie na to nie stać. Trzeba przede wszystkim zdecydowanej postawy, nie tylko ze strony administracji państwowej i samorządowej wszystkich szczebli, ale też ludzi dobrej woli. Nikt nie powinien mówić, że to nie jego sprawa, bo wszyscy potrzebujemy czystego powietrza, aby żyć. Ostatecznie troska o środowisko naturalne, zwłaszcza zaniechanie troski o czystość powietrza to sprawa sumienia, które powinno być wrażliwe na sprawy ekologii.

2. Ekologia integralna i wezwanie do nawrócenia

Papież Franciszek w encyklice Laudato sì przypomina, że „wszystko jest ze sobą powiązane. Dlatego konieczne jest połączenie troski o środowisko ze szczerą miłością do człowieka i z ciągłym zaangażowaniem wobec problemów społeczeństwa” (Laudato sì, 91). Środowisko, którego integralną częścią jest powietrze, „jest dobrem publicznym, mieniem całej ludzkości i wszyscy są za nie odpowiedzialni. Ten, kto posiada jego część, ma ją jedynie po to, aby zarządzać nią dla dobra wszystkich. Jeśli tego nie czynimy, to bierzemy na swe sumienie ciężar zaprzeczenia istnieniu innych” (Laudato sì, 95).
To mocne przesłanie papieża dotyczące dobra wspólnego trzeba rozszerzyć na inne kwestie ekologiczne. Mimo, że od upadku gospodarki socjalistycznej w naszym kraju upłynęło już wiele lat, to jednak skutki braku poszanowania godności człowieka i dewastacji środowiska naturalnego z tamtego okresu wciąż dają o sobie znać. Zdegradowane tereny rolne i leśne, zniszczona wskutek szkód górniczych zabudowa, zapadliska tektoniczne, hałdy, zwałowiska, zatruta gleba, woda, zanieczyszczone powietrze – to wszystko świadczy o tym, że nie zawsze troszczono się właściwie o wspólny dom. Do dziś licznie rozsiane na terenie kraju – zwłaszcza w rejonach silnie uprzemysłowionych – „niewypały ekologiczne” zagrażają zdrowiu i życiu mieszkańców. Do tych niechlubnych pozostałości minionej epoki dołączają nowe zagrożenia. Niepohamowana chęć zysku przy braku wyobraźni popycha niektórych do czynienia z naszego kraju śmietniska Europy, które próbuje się potem prymitywnie likwidować, podpalając rękami „nieznanych sprawców”.
Zdajemy sobie również sprawę, że klimat podlega zmianom. Nie bez znaczenia jest też działalność człowieka, który wraz z rosnącą produkcją i konsumpcją przyczynia się do wzrostu stężenia gazów cieplarnianych. W związku z tym trzeba ograniczać szkodliwą dla środowiska działalność człowieka, umiejętnie gospodarować paliwami kopalnymi i rozwijać odnawialne źródła energii oraz uczyć oszczędnego korzystania ze źródeł energii. To zadanie spoczywa przede wszystkim na posiadających władzę polityczną, ekonomiczną i na kierujących szkolnictwem.
Ufamy, że 24. Sesja Konferencji Stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu (COP 24), która w grudniu tego roku odbędzie się w Katowicach, pomoże zjednoczyć wysiłki wszystkich krajów w tej sprawie. Zachęcamy do modlitwy w tej intencji, aby Duch Święty przemieniał ludzkie serca, prowadząc je do zgody i jedności w trosce o nasz wspólny dom.

3. Nawrócenie ekologiczne czyli przemiana serca i sumienia

„Cała ludzkość wezwana jest do uświadomienia sobie konieczności zmiany stylu życia, produkcji i konsumpcji, by powstrzymać globalne ocieplenie albo przynajmniej wyeliminować przyczyny wynikające z działalności człowieka” (Laudato sì, 23). Do refleksji, której celem jest uwrażliwienie sumienia na kwestie ekologiczne, trzeba jeszcze dodać sprawy o wiele bliższe przeciętnemu odbiorcy tego listu. Warto spojrzeć na samego siebie i zapytać choćby o egoistyczny, konsumpcyjny styl życia, który grozi nam wszystkim, a ma swoje źródło w zapomnieniu o Bogu. Stworzenie bez Stworzyciela zanika – przypomina Sobór Watykański II (por. Gaudium et Spes, 36).
Pierwszą ofiarą tego zapomnienia jest zawsze sam człowiek, a po nim świat stworzony. Niepohamowane gromadzenie dóbr, wyzysk i niszczenie przyrody, znęcanie się nad zwierzętami, zaśmiecanie lasów, obrzeży dróg, oceanów, powietrza, przestrzeni kosmicznej, nadużywanie wszystkiego tego, co z Bożej ręki otrzymaliśmy – to niepełny katalog grzechów ekologicznych.
Grzech powtarzany tworzy specyficzny typ mentalności – „kulturę odrzucenia”. Według tego sposobu myślenia, „życie ludzkie, osoba nie są już postrzegane jako podstawowa wartość, którą należy szanować i chronić, zwłaszcza jeśli osoba jest uboga lub niepełnosprawna, jeśli nie jest jeszcze przydatna – jak dziecko mające przyjść na świat, lub już nie jest przydatna – jak osoba w podeszłym wieku. Ta kultura odrzucania sprawiła, że staliśmy się niewrażliwi również na marnowanie i wyrzucanie żywności, co jeszcze bardziej zasługuje na potępienie, kiedy w każdej części świata, niestety, liczne osoby i rodziny cierpią na skutek głodu i niedożywienia” (papież Franciszek, audiencja generalna, 5 czerwca 2013 r.).
Nie ulega wątpliwości, że kryzys ekologiczny, którego objawy zostały przedstawione w niniejszym liście jest problemem moralnym. Poznanie prawdy, rachunek sumienia z grzechów to pierwszy krok na drodze przemiany. W encyklice Laudato sì papież Franciszek stwierdził, że jako wierzący potrzebujemy „nawrócenia ekologicznego”, które stając się owocem spotkania z Jezusem, będzie zmieniało nasz stosunek do świata (por. Laudato sì, 217).

4. Odbuduj zrujnowany świat!

Najlepszym przykładem takiego nawrócenia jest Biedaczyna z Asyżu – św. Franciszek, którego dziś wspominamy w liturgii. Jego życie wiodło przez beztroską młodość i poszukiwanie własnej chwały aż do radykalnego nawrócenia. Doznawszy wewnętrznego upokorzenia przeżył duchową przemianę. Spotkał Chrystusa w trędowatym, a następnie w kościółku św. Damiana przyjął przesłanie Ukrzyżowanego, by „odbudować Kościół, który leży w ruinie”.
Miłość do Boga zaowocowała w jego życiu umiłowaniem ubóstwa, prostotą życia, bezinteresowną służbą innym i szczególnym stosunkiem do stworzonego świata. Nie utożsamiając przyrody z Bogiem, zauważał w stworzeniach owoc miłości, dobroci i piękna Stwórcy, i darzył je braterską miłością. Po otrzymaniu stygmatów Męki Pańskiej, napisał piękny hymn, w którym chwali Pana przez słońce, księżyc, wiatr, siostrę wodę, ziemię, która rodzi różne owoce, kwiaty oraz trawy. Dostrzegał Stworzyciela i stworzenie. W Boga wierzył, a stworzenie szanował, gdyż czuł się jego istotną częścią.

Drodzy Bracia i Siostry!

Oby przykład i wstawiennictwo św. Franciszka stały się dla nas zachętą do pracy nad sobą, do walki z naszym egoizmem i obojętnością na losy drugiego człowieka i świata.
Słowa wdzięczności należą się tym, którzy od lat zabiegają o ochronę środowiska. Niech Biedaczyna z Asyżu pomoże nam być dobrymi stróżami Bożego stworzenia, aby wspólny dom jakim jest ziemia, służył nam i przyszłym pokoleniom.

Podpisali: Kardynałowie, Arcybiskupi i Biskupi
obecni na 380. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski,
Płock, 25-26 września 2018 r.

Duma upokarza

Augustyn Pelanowski OSPPE

Ubóstwo jest prawdą o każdym z nas, ale tylko najodważniejsi zdobywają się je zamanifestować bez rozpaczy, lecz z radością. Czym jest uniżenie siebie? Odkryciem, że nigdy nie było się tym, za kogo się uchodziło. Im radykalniej ktoś zabiega o swój prestiż, tym potężniejszy tworzy się w nim lęk przed zdemaskowaniem. A lęk domaga się obrony, zaś najlepszą obroną jest atak. Oto geneza wszelkich wojen. Najtrudniej przyjąć prawdę, która zdziera maski i odsłania nędzę. Pierwszym krokiem ku zalecanemu przez Chrystusa uniżeniu jest uznanie w sobie wad, a nie cnót; przyznanie się do tego, na co nas nie stać, a nie wmawianie sobie tego, na co nas stać. Być ostatnim i to jeszcze ostatnim dzieciakiem nie jest łatwo. Czy zniósłbyś ironiczną uwagę kogoś, kto niezbyt darzy cię sympatią, gdyby w oczy powiedział o tobie: dzieciak!? Gdybyś to zniósł i w twoim wnętrzu nie obudziłaby się nawet iskra oburzenia, oznaczałoby to, że jesteś uczniem Chrystusa.
Gdy byłem bardzo młodym kapłanem, pewna zakonnica właśnie tak mi powiedziała, patrząc w oczy: dzieciak! Przeżyłem to słowo jak termometr włożony dziecku pod pachę, gdy gorączkuje. Gorączka dumy była jednak zbyt wysoka i wybuchłem oburzeniem. A oburzenie, nawet usprawiedliwione, jest odruchem duszy zbyt podejrzanym, aby ksiądz mógł mu ulegać – napisał Bernanos. Nie potrafiłem znieść takiego uniżającego mnie programu, który zapewne sam Jezus wymyślił, by mnie uzdolnić do bycia Jego uczniem. Moja duma mnie upokarza i zawstydza. Czuję się taki mały, gdy wychodzi na jaw, jak kurczowo trzymam się wielkości. Jak śmiesznie wygląda dziecko, które przebiera się w marynarkę ojca, wkłada jego ogromne buty, w których wygląda jak w płetwach, i zakłada jego kapelusz trzymający się jedynie na uszach. Nikt z nas nie jest dojrzały, każdy jest dzieciakiem. Schylam ze wstydem głowę, gdy łapię się na pragnieniu patrzenia na innych z góry.
Jezus nigdy nie stał się człowiekiem z przeszłości i Jego propozycje świeżo wybrzmiewają w pamięci, jakby się je słyszało kilka godzin wcześniej wprost z Jego ust. Czytając Ewangelię, niekiedy mam wrażenie, że nie ja ją czytam, tylko ona mnie. Odczytuje we mnie na głos wszystko to, co boję się powiedzieć szeptem nawet sam do siebie. Milczę, choć widzę wewnętrznie, jak Jezus wydobywa ze mnie dzieciaka i zachęca mnie, bym go przyjął; bym przy-jął moją niedojrzałość z miłością, bez wymagań, bez roszczeń, bez buntu, bez nienawiści. Ostatecznie Jezus zaczął w ten sam sposób: najpierw był dzieckiem.
O wiele trudniej być Bogu człowiekiem, niż dorosłemu człowiekowi uznać w sobie dziecięcą niedojrzałość, której ambitnie zaprzecza we wszelkich okazjach do wyniesienia się ponad innymi. A przecież tuż za zgodą na swą niedojrzałość i małość czeka na nas pokój uśmierzający wszelkie spory, a nawet wojny, jak brzoskwiniowy ogród za ceglanym murem.

Bóg nadstawia za mnie pierś

Augustyn Pelanowski OSPPE

Bóg całą pomstę zła tego świata przyjął na siebie w swoim Synu. Myślę o Nim jak o wojowniku, który nadstawia swoją pierś na ciosy wroga, by w ten sposób zasłonić swoich przyjaciół. Jezus Chrystus jest wybawcą, czyli tym, który wybawia od wszelkich nieszczęść, a nade wszystko od śmierci. Jest tylko jeden najskuteczniejszy sposób wybawienia od zła: skierować je na siebie samego. Dlatego strofuje Piotra słowami: „zejdź mi z oczu, szatanie”. Gdyby Chrystus uratował siebie przed krzyżem, to kto na nim by zawisł? Piotr, ja, ty? Każdy z nas! Gdyby Chrystus nie przyjął przekleństw na siebie, każdy z nas pędziłby przeklęty żywot do końca swoich dni i poza nimi, przez wieczność.
Rozważając pragnienie Jezusa przyjęcia odrzucenia i ukrzyżowania, uświadamiam sobie z wdzięcznością położenie, w którym się znalazłem dzięki Niemu: jestem zbawiony nie tylko od śmierci czy potępienia, ale nawet od tysięcy katastrof, jakie niechybnie by mnie spotkały w życiu, gdybym nie żył życiem Jezusa. Żyję schowany za plecami Boga, który swoją pierś, a nawet serce nadstawił na to wszystko, co mogło mnie spotkać w przeszłości i w przyszłości. Jak wielu nieszczęść uniknąłem? Wiem na pewno, że trzy razy śmierci z niezrozumiałych dla mnie do końca powodów, które nie mieszczą się w pojęciu „przypadek”, a nawet słowo „cud” jest jak but o za małym rozmiarze. Życie jest polem bitwy, na którym ciosy padają nieustannie z każdej strony. W każdej chwili może dopaść mnie lub ciebie ból lub śmierć, ale idziemy osłonięci plecami Boga. Pragnę jeszcze bardziej wtulić się w Niego, usłyszeć bicie Jego serca, otoczyć ramionami Jego ciało, przylgnąć nierozerwalnie na zawsze i iść dalej, aż wyprowadzi mnie poza obszar bitwy, w jaką przeobraził się ten świat.
Największą iluzją jest racjonalne przekonanie, że można się obywać bez Boga na tym świecie. A jeszcze większą jest ta, gdy ktoś myśli, że nie potrzebuje Boga do obrony przed samym sobą. Przecież jesteśmy wrogami dla samych siebie bardziej niż dla innych. Ileż w nas kotłuje się pogardy, agresji, wstrętu, nienawiści, która wybucha z byle powodu! Ileż w nas niechęci do własnej przyszłości, ile ironii do własnych możliwości! Ile niewiary w zdolności i zawsze ten niepokój o to, że jesteśmy w czymkolwiek gorsi od innych, nawet gdy wyraźnie triumfujemy. Nie znosimy siebie, uznając siebie za najpodlejszych i przewrotnych, chciwych i zepsutych. Krzyżujemy siebie każdego dnia, a jeszcze bardziej w bezsenną noc, gdy pod zamkniętymi powiekami przesuwają się nam nieudane chwile, w których nie byliśmy tacy, jakimi chcieliśmy być. Te wszystkie potknięcia, niezgrabności, kłamstwa, głupstwa czy chamstwo. Nie trzeba być złoczyńcą, by wisieć na krzyżu. Wystarczy być tylko niezgrabnym człowiekiem, by nieludzko siebie nienawidzić. Kto nas obroni przed nami samymi? Tylko On jeden.

Pułapka doskonałości

Augustyn Pelanowski OSPPE

Człowiek niezmiernie łatwo oszukuje siebie samego. Ludzie, z którymi rozmawiał Jezus, włożyli naprawdę wiele wysiłków w to, by być doskonałymi. Z religijnej powinności i z troski o nieskazitelność niezauważalnie zabrnęli w pułapkę obsesji, lęku, perfekcjonizmu i obłudy. Usiłowali dokonać kosmetyki swej osobowości, by przekształcić siebie w idealne istoty bez skazy. Doskonałość stała się dla nich zasadzką, w której utknęli. Zapewne szokiem były dla nich słowa Jezusa, który zdemaskował te wysiłki i ujawnił, że im człowiek usilniej dba o zewnętrzną nieskazitelność, tym bardziej ukrywa wewnętrzny bałagan moralny. Chcemy być perfekcyjni, dokładni, spełniający swoje ambicje, a nawet złośliwie krytyczni wobec tych, którzy nie mogą się poszczycić takimi efektami doskonałości jak my. Uciekamy od możliwości objawienia się nam prawdy o naszym wnętrzu. A przecież „Nieżywa mucha zepsuje naczynie wonnego olejku. Bardziej niż mądrość, niż sława zaważy trochę głupoty” (Koh 10,1).
Obok ambicji bycia wybitnym naukowcem, albo zadartonosym politykiem czy też słynnym fotoreporterem, istnieje też ambicja duchowej nieskazitelności. To, że ktoś ma zainteresowania religijne, wcale nie znaczy, że pozbył się dumy, wręcz przeciwnie, ona wtedy jeszcze bardziej daje o sobie znać. Prawdziwa świętość nie jest nastawiona na wyszukiwanie u innych dowodów grzeszności, a taką właśnie religijność mieli rozmówcy Jezusa.
Na tym świecie trzeba się pogodzić chyba ze wszystkim, oprócz grzechu. Tymczasem żyjemy niepogodzeni, o czym nawet nie wiemy. A właśnie grzech posługuje się wszystkim i wszystkimi, abyśmy żyli w tym niepogodzeniu. Ta niezgoda objawia się na zewnątrz w postaci oskarżeń innych ludzi. Przez skłonność do wyszukiwania u innych błędów moralnych daje o sobie znać najbardziej ukryty grzech.
Jak więc pozbyć się zła? Wyszukując go u innych, czy przyznając się do niego w sobie? Nie wiemy, jak radzić sobie z grzechem. Nie wiemy, co uczynić, by się go pozbyć, i wybieramy najczęściej najłatwiejszą drogę: ukrywanie! Ukrywamy cały ten brud jakby pokrywką od naczynia, a samo naczynie, czyli naszą zewnętrzną stronę istnienia, pokrywamy wtedy anielskimi ozdobami ambicji i perfekcji. Prorok Zachariasz miał pewnego razu taką właśnie wizję bezbożności. Zobaczył naczynie, które było unoszone przez dwóch aniołów, ale ta anielska powierzchowność ukrywała we wnętrzu naczynia zgoła zaskakującą tajemnicę. Zachariasz stał zdumiony i wpatrywał się w naczynie zbliżające się do niego. Gdy już było zupełnie blisko, zapytał swego anielskiego cicerone: „Co to jest? Odpowiedział: Zbliża się dzban. I dodał: To zresztą można zobaczyć w każdym zakątku świata. Potem podniosła się ołowiana pokrywa i zobaczyłem we wnętrzu dzbana siedzącą kobietę. I rzekł: To jest bezbożność, i zepchnął ją z powrotem do wnętrza dzbana, a otwór zakrył ołowianą płytą” (Zach 5,6–9).

Stągwie oczyszczenia

StągwieAugustyn Pelanowski OSPPE

Od dawna podkreślano wyjątkową rolę Matki, która wymogła na Jezusie cudowne działanie. Zwykłe wesele stało się niezwykłym projektem eucharystycznej tajemnicy, a nawet wiecznego ucztowania w niebie. Duża część naszego życia przebiega w przekonaniu o bezwartościowości naszych przeżyć. To błąd. Wszystko jest istotne. Wybór małżonka, charakter naszych zranień, decyzje o podjęciu pracy, grzech i nawrócenie, zaległe i zepchnięte w nieświadomość uczucia żalu czy złości oraz zdobycie się na przebaczenie i pogodzenie. To ma znaczenie nie tylko dla naszego życia tu, na ziemi, lub dla naszej wieczności, wpływa też na los innych. Emanujemy tym wszystkim, co się w nas ukrywa. Tym bardziej mają znaczenie takie fakty jak chrzest czy Eucharystia. Są to fakty, których do końca nie jesteśmy w stanie poznać, dlatego Kościół nazywa je sakramentami, bo w polu naszego poznania dostrzegamy tylko powierzchnie tych misteriów.
Zwróćmy uwagę na jeden szczegół – na owe stągwie służące do oczyszczenia rytualnego. Oczyszczenie dokonane przez Jezusa to rzeczywiste obmycie nas i uczynienie czystymi w Jego oczach. Osoba, która zainicjowała ten cud, była czystą, niepokalaną kobietą. Uprzednio oczyszczona przez Boga, aby mogła nieustannie prowadzić proces oczyszczania w naszych sumieniach. Biblia mówi, że tylko ludzie czystego serca będą oglądać Boga. Jezus nazywa Apostołów na Ostatniej Wieczerzy czystymi, ponieważ wytrzymali tę falę słów Jezusa, która ciągle obmywała ich serca i umysły. Bardzo często w listach Pawła słowo, które oznacza czystość lub oczyszczenie, jest kojarzone z krystalicznym sumieniem, czystym sercem, nieskalanością, odpornością na brudy tego świata. List do Hebrajczyków nazywa w pierwszym rozdziale dzieło Jezusa oczyszczeniem z grzechów. Toteż obecność Niepokalanej przy tym akurat cudzie nie jest przypadkowa, ponieważ cud Kany jest początkiem dzieła oczyszczenia z grzechów, uczynienia nas nieskalanym pokoleniem, podobnym do Matki Jezusa, i łączy się zarówno z chrztem Jezusa w Jordanie, jak i chrztem krzyża na Golgocie. Ona jest oczyszczona ante Crucem (przed krzyżem), my post Crucem (po krzyżu), dzięki tej godzinie, w której z Jezusowego boku wypłynęła krew i woda. Może właśnie dlatego stała tam, przy tych stągwiach, służących do oczyszczenia, niepokalana i czysta, abyśmy nabrali pewnego wyobrażenia wiary, do jakiej czystości doprowadzi nas Jej Syn? Ivo z Chartres powiedział: „Cokolwiek widzimy w Maryi, możemy też dostrzec to w Kościele”. Stojąc przy tych stągwiach, które kierują uwagę w stronę dzieła oczyszczenia z grzechów, Maryja wskazuje miejsce Kościoła. Kościół prosi Jezusa o nieustanne oczyszczanie. Kościół prosi przy każdym chrzcie o to, by dziecko trzymane nad stągwią chrzcielną zostało obmyte z dziedzictwa grzechu i uwolnione od sił szatana, zupełnie tak jak Maryja, kiedy prosiła Jezusa o cud! Maryja dała zbawienie ludom, Kościół daje ludy Zbawicielowi, jak to wyraził pięknie Cezary z Arles.

Gospoda Kościoła

Augustyn Pelanowski OSPPE

Istnieje upojenie duchowe i upicie ciała. Istnieje Krew Chrystusa i wino, w którym jest rozwiązłość, jak twierdzi Paweł. Człowiek potrzebuje życia i radości, ale czy wierzymy Jezusowi, że Jego Krew i Ciało mogą być prawdziwą ucztą? Czy potrafię odkryć tę niezwykłość smaku boskości, zawartą w kielichu eucharystycznym? Czy dla duszy Jego ciało zakryte białym chlebem jest rozkoszą?
Jezus, przemawiając do wzruszonej Katarzyny Sieneńskiej, wyznał: „Krew tę złożyłem w gospodzie mistycznego ciała, świętego Kościoła, mej miłości, aby krzepiła odwagę tych, co chcą być prawdziwymi rycerzami w tej walce z własną zmysłowością i z ułomnym ciałem, ze światem i diabłem. Upojeni krwią nie poddają się nigdy, walczą dzielnie aż do śmierci i tak zmuszają do ucieczki wszystkich swych wrogów”. Gospoda Kościoła! W przypowieści o miłosiernym Samarytaninie gospoda, w której Samarytanin złożył półżywego człowieka, nazywa się z grecka PANDOCHEJON – czyli miejsce, do którego wszyscy mogą przychodzić. Ojcowie wiary odczytywali ten symbol jako szkic Kościoła. Cóż za śmiałe porównanie: Kościół Gospodą! Do świątyni powinno się pędzić jak do restauracji! Nie można żyć bezmyślnie, niemądrze przeoczając okazję do zbawienia, bo podstępnie i gwałtem wślizguje się w nasze pragnienia grzech.
Paweł namawia do dokładnego przyglądania się swoim codziennym wyborom, bo na stole czasu mądrość Boga i głupota grzechu wystawiają swe poczęstunki: Krew i wino, Ciało Syna Bożego i ciało nieczystości. Paweł wskazuje palcem pijaństwo jako źródło rozwiązłości. Usilnie też namawia do napełniania się Duchem Świętym, który upaja ludzkie serce w Eucharystii. Bez tego odżywiania się nie mamy szans powstrzymać się przed degeneracją moralną. Powinno nam więc zależeć na zdobyciu tej Krwi dla własnego życia bardziej niż na lekarstwie w dniach choroby i podążać do Stołu Pańskiego co dnia szybciej niż do banku, gdyby ogłoszono w nim rozdawanie pieniędzy.

Kiedy św. Ludwik IX dowiedział się, że jedna z najcenniejszych relikwii chrześcijaństwa, korona cierniowa, została zastawiona przez zubożałego cesarza bizantyjskiego Baldwina II u kupców weneckich, bez ociągania się postanowił ją nabyć. Wykorzystał okazję i spłacił wierzycieli, nabywając koronę i nie żałując pieniędzy. Osobiście towarzyszył sprowadzeniu korony, idąc boso do Sens. Koronę przewieziono do paryskiego pałacu królewskiego. Oto zaiste królewskie pragnienie: zdobyć dla siebie choćby ciernie, które raniły krwawo Ciało Syna Boga. Wspominając króla Ludwika IX i jego duchowe ambicje, próbuję sobie zaszczepić podobne pragnienia, patrząc na o wiele cenniejszą niż cierniowa korona eucharystyczną Krew, która daje możliwość jedności z samym Bogiem, a nie jedynie kontemplowania narzędzi męki.

Słodycz światła

o. Augustyn Pelanowski

Uganiamy się przez większość życia za wszystkim z wyjątkiem tego, czego najbardziej pragniemy w skrytości ducha, z wyjątkiem Boga. A przecież zaspokoić może tylko Ten, który jest hojnym dawcą pokoju. Jezus porównuje się do manny, do chleba pochodzącego z nieba, który, według wierzeń mistyków żydowskich, był zmaterializowaną światłością z nieba. Kohelet pisze, że światło potrafi być słodkie, choć tłumaczenie polskie użyło tam słowa przyjemne (Koh 11,7). Światło Boga ukryte w Eucharystii jest słodką przyjemnością, ale niewielu jej kosztuje.
W starożytności wierzono, że manna była mielona przez niebiańskie żarna w trzecim niebie, zwanym szechakim. Był to pokarm przeznaczony jedynie dla sprawiedliwych, niektórzy uważali nawet, że był świetlistym pokarmem aniołów. Paweł nawiązywał do tego, gdy mówił o swoim uniesieniu w niebo: „Znam człowieka w Chrystusie, który przed czternastu laty – czy w ciele – nie wiem, czy poza ciałem – też nie wiem, Bóg to wie – został porwany aż do trzeciego nieba” (2 Kor 12,2). Chciał przez to powiedzieć, że doznał zachwytu boskim światłem i przeżył to jako niezwykły zaszczyt usprawiedliwienia. Musimy odczytać słowa o Chlebie z nieba, o którym mówił Jezus, mając to wszystko na myśli. Nie chodziło Mu o chleb z piekarni, tylko o zaszczyt trzeciego nieba. Z tym że w Jezusie to już nie anielski chleb, ale Boski udziela się człowiekowi; nie światło, którym pożywiali się aniołowie, tylko światłość samego Boga. Zaszczyt anielski przeobraził się w coś o wiele poważniejszego, w uczestnictwo w życiu Boga.
Eucharystia jest największym zaszczytem dla człowieka. Jest niebem na ziemi odkrywanym jako stan najściślejszej więzi z Bogiem. Niezwykle istotne jest skojarzenie spożywania chleba z przychodzeniem do Jezusa, chodzi bowiem o zbliżanie się do Boga poprzez spożywanie eucharystycznego pokarmu. Tajemnica jednoczenia się z Chrystusem jest też tajemnicą jednoczenia się pomiędzy nami, co powoduje tworzenie się Kościoła. Zarówno Eucharystia, jak i Kościół są przecież Ciałem Chrystusa. Jedno bez drugiego nie istnieje, a więc nie może ktoś trwać w Kościele, nie przyjmując Komunii, albo tym bardziej na odwrót. Jeśli nie mam nic wspólnego z Eucharystią, to nie mam nic wspólnego z Chrystusem. Chrystusa przyjmuje się w Eucharystii i w Eucharystii przyjmuje się cały Kościół. Wstrząsające słowa wypowiedziane przez Chrystusa nie pozostawiają nikogo wrażliwego bez niepokoju: TO JEST CIAŁO MOJE, KTÓRE ZA WAS BĘDZIE WYDANE. Eucharystia ma swoją ogromną cenę – cenę, w której Jezus zapłacił życiem ludzkim w okrutnej egzekucji za każde życie ludzkie. Przyglądając się Hostii, nie mogę zapomnieć, ile trudu kosztowało Jezusa, bym mógł ją teraz z taką łatwością spożyć. Unikanie Komunii jest rodzajem wzgardy wobec męki Chrystusa.
Myśl: Jeśli nie mam nic wspólnego z Eucharystią, to nie mam nic wspólnego z Chrystusem.

Zbieranie ułomków

Ułomki

o. Augustyn Pelanowski

Jezus połamał chleby, odmówiwszy dziękczynienie. Rozerwany chleb jest obrazem złamanego życia. Czy można dziękować za połamane życie? Dziękując, przeistaczamy wszystko co bolesne w cudowne.
Zawsze mnie wzrusza, gdy czytam, jak Jezus nakazuje uczniom zebrać ułomki. Swego czasu pomyślałem, że jest to obraz Kościoła, gdyż ułomków było dwanaście koszy, a więc tyle, ilu było apostołów. Tajemniczo brzmią słowa: ABY NIC NIE ZGINĘŁO. Wydają się zaadresowane do zupełnie innej rzeczywistości niż walające się w trawie pozostałości po spożyciu chleba. Skąd taka troska o resztki jedzenia?
Zbywające ułomki po chlebie wydają się obrazem odrzuconych i niepotrzebnych nikomu ludzi, odnajdujących jednak swoje miejsce we wspólnotach Kościoła symbolicznie zilustrowanych w owych koszach. Wyobrażam sobie owe resztki z chlebów leżące na trawie, odrzucone, nienadające się do spożycia, nienadające się do niczego. Apostołowie zbierają je troskliwie i umieszczają w koszach. W „Didache” jest taki wiersz: „Jak ten łamany chleb rozsiany był po górach, a zebrany stał się jedno, tak niech zbierze się Kościół twój z krańców ziemi”. Zbywające resztki chleba zbierane przez apostołów ujawniają doprawdy podnoszącą na duchu prawdę. Każdy, kto czuje się niepotrzebny, rozdarty, odrzucony, bez wartości, ma miejsce w Kościele Chrystusa. Czy będziemy w to wątpić, skoro sam Jezus zasiadał do stołu z celnikami i grzesznikami? Bóg czyni wszystko, aby nikt nie zginął, aby każdy odnalazł się w Jego trosce. Paweł pisząc o powołanych do królestwa, śmiało twierdzi: „Przeto przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to, co jest, unicestwić” (1 Kor 1,26–28). Same ułomki! Trzeba nam dostrzec tę wyjątkową łaskę, jaka jest ukryta w zaproszeniu do udziału w królestwie Boga, jest ona bowiem nade wszystko skierowana do tych, którym życie nic nie miało do zaoferowania.
W Księdze Powtórzonego Prawa istnieje zapis, zobowiązujący Izraelitę do ofiarowania w koszu wiklinowym pierwocin swych zbiorów. Pierwociny te miały być najlepszego gatunku. Miało to być wyrazem wdzięczności za dobrobyt, ale też uświadomieniem sobie Bożej troski o człowieka. Tymczasem Jezus nakazuje zebrać nie pierwociny najlepszego gatunku, ale resztki nienadające się do niczego. To zdumiewa. Jeśli czymkolwiek Bóg gardzi, to wydaje się, że nade wszystko wyniosłością. Widząc, że ludzie chcieli Go obwołać królem, usunął się na górę. To, co jedynie pozwala naprawdę wzbić się ku górze, to unikanie wywyższania się.

Myśl: Bóg nie gardzi wzgardzonymi, lecz ich wyróżnia.

Chwila prawdziwej rozkoszy

o. Augustyn Pelanowski OSPPE

Doprawdy człowiekowi potrzebny jest nie tylko sen albo praca, ale też odpoczynek. Odejście od zaangażowania fizycznego lub intelektualnego i oddalenie się w strefę duchową. Bóg nakazał człowiekowi szabat, a Jezus mówi do apostołów, aby poszli samotnie i osobno na pustkowie dla odpoczynku. Mylilibyśmy się jednak, gdybyśmy sobie pomyśleli, że wysłał ich na urlop. Na pustyni dokonuje się co prawda kuszenie, ale też objawienie Boga. Pustynia to przestrzeń zbliżenia duchowego do Boga, a także zbliżenie do siebie samego – myślenia nie tyle O SOBIE co raczej NAD SOBĄ. Zbliżenie się do Boga i do siebie niezwykle przydaje się w budowaniu relacji z innymi. Ludzie powierzchowni i bezmyślni to ci, którzy nigdy nie poświęcają czasu na duchową pustynię.
Ci, którzy są nieustannie pośród ludzi, są wobec nich najbardziej odlegli. Tylko taki człowiek stwarza głębokie więzi z innymi, który potrafi nabrać co jakiś czas dystansu do innych i zbliżyć się do Boga oraz siebie. Większość ludzi nie potrafi się jednak zatrzymać, pędząc w galopie na ślepo przed siebie. Zatrzymać się to narazić się na ujawnienie pytania o cel życia, sens wysiłku, ocenę moralną czynów, to dostrzeżenie sprzeczności i wątpliwości, jakie się w nas kotłują. Ucieczka od siebie na dłuższą metę nikomu się nie uda. W końcu nadaktywnego człowieka dopadną nierozwiązane problemy i może się okazać, że już nie da się niczego pogodzić, zintegrować, zrozumieć. Nałogowiec aktywizmu w końcu się wypali i pozostaną w jego wnętrzu jedynie zgliszcza, dające o sobie znać w postaci bezsenności, rozdrażnienia, emocjonalnego chaosu, skłonności do zapadania na choroby różnego typu.
Przykazanie szabatu było poprzedzone słowem PAMIĘTAJ. Czy to przypadek? Szabat miał być uświęceniem Boga, ale też pozwalał odzyskiwać własną pamięć. Wielkim kalectwem jest utrata pamięci, gdyż pamięć to osobista historia tworzącą indywidualną tożsamość. Żyć bez pamięci to stracić poczucie sensu, wegetować w chaosie bez świadomości, a ostatecznie doprowadzić się do rozpaczy. Izajasz skojarzył szabat z rozkoszą: „Jeśli nazwiesz szabat rozkoszą, a święty dzień Pana – czcigodnym, jeśli go uszanujesz przez unikanie podróży, tak by nie przeprowadzać swej woli ani nie omawiać spraw swoich, wtedy znajdziesz twą rozkosz w Panu. Ja cię powiodę w triumfie przez wyżyny kraju” (Iz 58,13–14). Któż nie chciałby zażywać rozkoszy, która nie niesie ze sobą ryzyka skalania? Któż z nas nie chciałby być szczęśliwy? Wystarczy tylko odpocząć w Bogu, wycofać się na chwilę ze wszystkiego i wszelkie troski powierzyć Jemu. Jezus sam zajął się nauczaniem ludzi, gdy odesłał uczniów na pustkowie. Bóg potrafi przejąć nasze problemy i świetnie sobie z tym radzi, lepiej niż my! Dlaczego więc ludzie w większości unikają szczęścia, które jest odpoczywaniem w Bogu?