Wszystkie wpisy, których autorem jest Janusz Marczewski

Wielkopostne rekolekcje u wągrowieckich paulinów

 

Wspólnota „Przymierze Miłosierdzia” z Poznania, poprowadziła w tym roku rekolekcje wielkopostne w naszej parafii. Misjonarz z Brazylii /São Paulo/, przykładami z własnego życia i mieszkańców Wenezueli, pokazał nam, co może uczynić wiara, kiedy ona jest prawdziwa, szczera i silna, i jak ona może oddziaływać na inne osoby, mimo, że w pierwszym zetknięciu z taką osobą, odnosimy wrażenie, że trafiamy w próżnię. Potrzeba nam tylko w tym momencie własnej, silnej wiary, że w swym działaniu nie jesteśmy sami. Wystarczy zaufać Bogu i wierzyć, że to, co czynimy w pracy nad drugim człowiekiem ma poparcie Stwórcy, który poprowadzi nas w tej trudnej roli.
A czyni tak, bo Bóg nas kocha i to bez względu na naszą postawę i stosunek do Jego osoby. Nawet wtedy, gdy zaczynasz zatracać swoją wiarę, gdy zaczynasz wątpić, to On nigdy Cię nie opuści. On będzie czynił wszystko, by Cię zawrócić ze złej drogi, na którą w przystępie zwątpienia wstąpiłeś. On Cię z tej drogi zawróci, tylko i ty musisz tego szczerze pragnąć, bo On na Ciebie zawsze czeka.
I wtedy, gdy nęka Cię choroba, gdy wpadłeś w sidła uzależnienia, to pamiętaj, że gdy zwrócisz się do Niego o pomoc, On ci jej nie odmówi; tylko musisz Mu zaufać i wierzyć. Bóg przecież tak umiłował świat, że Syna swego po to nam dał, by kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. I nie martw się w sytuacji, gdy zdaje się tobie, że w tej trudnej dla ciebie sprawie, On nie może ci pomóc, że gdzież On będzie chciał wejść w tę otchłań, w której się znalazłeś. I tu źle oceniasz swego Boga. On wszędzie dotrze do ciebie, dla Niego nie ma żadnej przeszkody. On żąda tylko jednego, byś z pełnym zaufaniem Mu zawierzył. A zatem co masz czynić ? Twą modlitwą możesz wszystko wybłagać; tam gdzie panował grzech, uzależnienie od pokus tego świata, może nastać czystość uczuć i powrót do wiary, pamiętając, że jeśli Boga prosisz, wszystko możesz uzyskać. On cię nigdy nie przestaje kochać, uwierz Mu.
Mieliśmy w trakcie tych rekolekcji codzienną okazję, by w momencie adoracji Najświętszego Sakramentu, w bezpośredniej bliskości u stóp ołtarza, w przestrzeni prezbiterium, niemal na wyciągnięcie ręki, przy wspólnym śpiewie z akompaniamentem misjonarza, prosić Jezusa, by wysłuchał naszych próśb, które kierowaliśmy do Niego z nadzieją na wysłuchanie. To było wielkie przeżycie, gdy celebrujący Eucharystię o. Emanuel Matusiak wszedł między uczestników adoracji, udzielając nam błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem, czy to zbiorowego, czy innym razem indywidualnego, jak to uczynił o. Paweł Przybyszewski. Można było odnieść wrażenie, że to Jezus pochyla się nad każdym z nas, a my możemy w tej chwili zwracać się do Niego ze swoimi prośbami.
Ostatni dzień rekolekcji – można powiedzieć – zdominował Duch Święty. Pieśni uwielbienia, a nade wszystko wspólna modlitwa poprowadzona przez misjonarzy, wytworzyła wyjątkową atmosferę naszego spotkania. Kulminacyjnym akcentem było utworzenie dwuszeregowego szpaleru, którym przeszliśmy / z zamkniętymi oczyma/ wszyscy, prowadzeni przez Ducha Świętego – wspomagani przez uczestników spotkania – do stóp ołtarza, by tam, z rąk o. Dariusza Nowickiego i o. Pawła Przybyszewskiego, przyjąć szczególne, indywidualne błogosławieństwo wieńczące nasze przejście, w którym nieśliśmy nasze prośby do Jezusa. Można było dostrzec wielkie wzruszenie i modlitewne zaangażowanie kroczących z wielkim przejęciem, którzy nieśli swe prośby wspomagani przez wszystkich uczestników. Każdy z nas mógł też osobiście podziękować Ojcom za inicjatywę zaproszenia tej grupy misjonarzy, którym dziękujemy za spędzone wspólnie modlitewne dni, które przygotowały nas na nadchodzące święta Zmartwychwstania Pańskiego. Dziękujemy szczególnie Claudio Pinheiro, a także Beacie Siluk, Oli Pawlak i Kindze Figiel za tę wyjątkową atmosferę, którą potrafili wytworzyć, a nas wprowadzić w to modlitewne uniesienie.

Janusz Marczewski

 

Zbawienie przyszło przez Krzyż

 

Przed laty miałem okazję uczestniczyć we Mszy św. w jednym z poznańskich kościołów. Urzekła mnie tam utworzona u stóp ołtarza kompozycja symbolizująca mękę naszego Zbawiciela. Nie znam intencji twórcy tej kompozycji, co jego zdaniem miała w pełni symbolizować. Ja dostrzegłem w symbolice upadającego, zakrwawionego krzyża, również siłę Tego, który go dźwigał, krzyża, który Go przygniatał, a który jednak Go nie zgnębił. On do końca niósł swój krzyż, On zwyciężył swój krzyż. Na tej kompozycji umieszczonych było wiele małych krzyży, które opierały się o krzyż Zbawiciela. I tu dostrzec możemy również, jak nasze krzyże, które w naszym doczesnym życiu musimy nieraz nieść, są jednak znacznie lżejsze od tego, który dźwigał Pan Jezus. Na nich nie ma cierniowej korony, nie ma krwi, one też opierając się o krzyż naszego Zbawcy pozwalają nam wysnuć pewną refleksję. Idąc drogą Pana Jezusa, jeżeli tylko swój krzyż zechcemy oprzeć na życiu i męce Chrystusa, zapewne łatwiej będzie nam go nieść. I tu można by przywołać słowa tej XIX.wiecznej pieśni wielkopostnej autorstwa ks. jezuity Karola Antoniewicza: „w Krzyżu cierpienie, w Krzyżu zbawienie, w Krzyżu miłości nauka. Kto Krzyż odgadnie, ten nie upadnie, w boleści sercu zadanej”…. Kiedy w kalendarzu liturgicznym Kościoła Katolickiego trwa Wielki Post, zaczynamy rozpamiętywać wszystko, co działo się w Wieczerniku, w pałacach arcykapłanów Annasza i Kajfasza, czy wreszcie w pretorium Piłata. Bolejemy nad tym, co się potem stało na drodze prowadzącej na Golgotę i na samej Golgocie. Upamiętnieniem tych wydarzeń są wielkopostne nabożeństwa Drogi krzyżowej, które pozwalają nam jakoby zanurzyć się w tamtych wiekopomnych wydarzeniach, a które w efekcie – w swym epilogu Zmartwychwstania Pańskiego – przyniosły nam nieprzemijający dar życia wiecznego. Czy my dzisiaj, ludzie XXI.wieku potrafimy to docenić ? Myślę, że tak, choć przecież coraz częściej spotykamy się z próbą marginalizowania tego dowodu Boskiej miłości do człowieka. Życie doczesne nie szczędzi nam zdarzeń, które nas próbują przygnieść do ziemi swym ciężarem gatunkowym. Siła naszej wiary polega jednak na tym, by nie pozwolić sobie na tę chwilę słabości i zwątpić, że Bóg nas zostawi samych z naszymi troskami, problemami. Niemalże każdy z nas, którego dotknęły życiowe problemy, kiedy musieliśmy wziąć na swe ramiona ciężar krzyża i nieść go przez życie, spostrzegliśmy zarazem, że kiedy zwracaliśmy się do Boga o pomoc i siły, On nas wysłuchiwał i ten krzyż, który nadal nam jeszcze ciążył, stawał się jednak z czasem lżejszy, a to dlatego, że nie zwątpiliśmy, bo po tej drodze tylko z pozoru idziesz sam, On idzie koło ciebie. Przynajmniej przez chwilę spróbuj porównać ciężar swego krzyża z tym, który muszą nieść inni. Prawdą jest, że jesteś osobą niepełnosprawną, ale popatrz na gorzej od ciebie upośledzonych; spróbuj docenić to, co oni czynią więcej i lepiej. Gdy cię nęka ubóstwo, poszukaj ludzi sobie podobnych i dojrzyj w ich ubóstwie to, co cię przerasta, a oni muszą i potrafią z tym żyć. Zechciej mimo swego ubóstwa, na miarę swoich możliwości im pomóc. Będziesz mile zaskoczony radością, która pojawi się na ich obliczach, a to tobie doda sił. Kiedy jesteś już osobą samotną, spójrz dokoła siebie i znajdź inną osobę samotną, która nie ma przy sobie żadnej bliskiej osoby, nikt jej nie odwiedza, a do tego jest jeszcze chora. Kiedy z tą sytuacją porównasz swoje życie, to mimo że jesteś też samotny, ale możesz chodzić i swoimi odwiedzinami, czy ewentualną pomocą sprawić innej osobie radość. Jest wiele osób, które utraciły swoich najbliższych, ty też do nich należysz; spróbuj jednak na to spojrzeć w kontekście losu innych osób. Straciłeś ukochaną małżonkę, kochającego męża po kilkudziesięciu latach szczęśliwego małżeństwa, dochowaliście się kochających was dzieci, wnuków, przeżyliście tyle szczęśliwych dni. Nawet wtedy, gdy choroba czyniła swoje, prosiłeś Boga, by On pozwolił tobie przygotować się do samotnego życia i On cię wysłuchał. A gdy nadeszła ta chwila, gdy twój najbliższy odchodził, mogłaś trzymać go za rękę, mówiąc z pełną wiarą – do zobaczenia. Pożegnałaś się z nim w domu, możesz odwiedzać jego mogiłę. I tu wypada postawić pytanie – czy to mało ? Pomyśl o tych wszystkich, którzy ginęli umęczeni, upokorzeni w obozach koncentracyjnych, pełni obaw o twój los, nie mają nawet mogiły, na której mogłabyś zapalić zaduszkowy płomień pamięci. A zatem, czy niosąc swój krzyż nie powinienem czuć się w pewien sposób wyróżniony. Umiejmy to doceniać, nieśmy go godnie bez szemrania. A jednak pamiętajmy, że każda droga prowadzi do Boga. Jakąkolwiek On tobie wyznaczy, nie zapomnij, że Bóg jest miłością; On wybiera dla ciebie nieraz drogę trudną, ale na pewno najlepszą. Nie obawiaj się zatem podążać po niej, idź z wiarą, że On na ciebie zawsze czeka. Uświadom też sobie, że zmierzasz do pełni życia, jaka jest w Chrystusie. Zanim jednak ją osiągniesz, musisz mieć najpierw udział w Jego Krzyżu – innej drogi nie ma.

Janusz Marczewski

Rozważania wielkopostne kleryków Prymasowskiego Wyższego Seminarium Duchownego w Gnieźnie

Klerycy Prymasowskiego Wyższego Seminarium Duchownego w Gnieźnie w czasie Wielkiego Postu będą przygotowywali cykl rozważań wielkopostnych pt. DROGA. Filmiki będą ukazywały rożne postacie, które Jezus spotyka podczas drogi na Golgotę. Pokazanie ich dylematów i wewnętrznych rozterek pomoże w odkrywaniu wskazówek dla naszego życia.
Szczegóły i film promujący dostępne są na seminaryjnym Facebooku (https://www.facebook.com/seminariumgniezno/?fref=ts) oraz stronie internetowej: www.archidiecezja.pl.

Zaufajmy Bogu i pracujmy nad sobą !

W świecie biblijnym liczba czterdzieści ma bogatą symbolikę. Oznacza długi czas, konieczny, by przejść wewnętrzną przemianę. Czterdzieści dni trwał Potop, oczyszczający ziemię z brudu nieprawości. Tyle samo czasu przebywał Mojżesz na Górze Synaj, zanim otrzymał od Boga kamienne tablice z Dziesięciorgiem Przykazań. Przez czterdzieści dni pościł na pustyni nasz Zbawiciel, zanim rozpoczął Swą publiczną zbawczą działalność. Przez taki sam czas Zmartwychwstały Pan przed Swym Wniebowstąpieniem spotykał się z uczniami, utwierdzając ich w wierze i przygotowując do Zesłania Ducha Świętego. Lud Izraela wędrował z niewoli egipskiej do Ziemi Obiecanej przez czterdzieści lat. Tę trasę Izraelici mogli przejść w kilka tygodni, ale Pan Bóg, patrząc na niewierność Narodu Wybranego, chciał by do krainy mlekiem i miodem płynącej trafiły dopiero ich dzieci, pozbawione mentalności niewolników, nieufnych względem Jego Obietnicy. Czterdzieści dni trwa wreszcie Wielki Post, który przez modlitwę, post i jałmużnę ma nas przeprowadzić z niewoli złych przyzwyczajeń i grzechu do radości i wolności Dzieci Bożych. Wielki Post jest czasem refleksji nad wzajemnym przenikaniem się radości i cierpienia. Dla wielu są to dwie wykluczające się rzeczywistości. Ale nie dla chrześcijan. My rozumiemy, że drogą do radości i szczęścia jest Krzyż. By nasza radość była pełna, potrzebna jest pokuta. O jej skuteczności choćby w nawracaniu grzeszników mówiła w Fatimie Matka Boża. Podczas wizji Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej Anioł wołał: Pokuta! Pokuta! Pokuta! Bez niej nie ma bowiem prawdziwej i trwałej przemiany człowieka. W Kościele – cudownym Mistycznym Ciele Chrystusa, panuje doskonała harmonia pokuty i radości, ubóstwa i bogactwa, wiary dziecięcej i dojrzałej. Bóg nigdy nie zostawia nas samych. U Niego wszystko ma sens i porządek. On jest Życiem, dlatego po śmierci zawsze następuje Zmartwychwstanie. Od nas tylko zależy, czy zmartwychwstaniemy do życia wiecznego, czy wiecznego zatracenia. Św. Charbel Makhlouf uczy nas, że jeśli Bóg dopuszcza cierpienie, to nie dla samego cierpienia, lecz po to, by wyciągnąć z nas to, co najlepsze. Cierpienie dla samego cierpienia to domena piekła. Nie przynosi ono żadnego dobra. Przykładem tego są dusze potępionych – spalają się, nie dając ciepła. Tymczasem cierpienie przeżyte po chrześcijańsku zawsze przynosi wspaniałe owoce. Dlaczego tak się dzieje ? Ponieważ nasz Pan, pragnąc byśmy z Nim obcowali przez całą wieczność, musi nas przez cierpienie oczyścić z ziemskich przywiązań będących przeszkodą w przebywaniu z Nim. Św. Ojciec Pio ujął to w taki sposób: Bóg chrześcijan jest Bogiem przemiany. Wprowadzasz do swego wnętrza cierpienie, a wydobywasz z niego pokój; odrzucasz rozpacz i widzisz, jak budzi się nadzieja. Tyle tylko, że oczyszczanie z takich przywiązań jest zawsze bolesne. Spróbujmy wyzwolić się bezboleśnie z jakichś nałogów albo choćby z niewinnych przyzwyczajeń… Bywa tak, że sama silna wola nie wystarczy, potrzeba nam łaski Bożej. Chrystus Pan powiedział przecież: Beze Mnie nic uczynić nie możecie. (J 15,5). Wielki Post przeżyty po Bożemu może przynieść nam wiele dobrodziejstw – wewnętrzne nawrócenie, uwolnienie z nałogów, naprawę relacji rodzinnych. Spróbujmy tak właśnie przeżyć ten surowy i święty czas, pamiętając o radzie św. Ignacego z Loyoli: Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działaj, jakby wszystko zależało tylko od ciebie. Bezwzględnie zaufajmy Bogu i pracujmy nad sobą najlepiej, jak potrafimy. Nasz Zbawiciel to wynagrodzi !

Tekst na podstawie publikacji Fundacji Instytutu Edukacji Społecznej i Religijnej im. Ks. Piotra Skargi w Krakowie pt. Wielki Post ISBN : 978-83-89591-85-2.

ORĘDZIE PAPIEŻA FRANCISZKA NA XXVII ŚWIATOWY DZIEŃ CHOREGO 2019 r.

„Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10,8)
Drodzy Bracia i Siostry,

„Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10,8). Są to słowa wypowiedziane przez Jezusa, gdy wysłał apostołów do szerzenia Ewangelii, aby Jego Królestwo było propagowane przez gesty bezinteresownej miłości.
Z okazji XXVII Światowego Dnia Chorego, który w sposób uroczysty będzie obchodzony w Kalkucie w Indiach dnia 11 lutego 2019 roku, Kościół – Matka wszystkich swoich dzieci, zwłaszcza słabych – pamięta, że gesty wielkodusznego daru, jak te Miłosiernego Samarytanina, są najbardziej wiarygodną drogą ewangelizacji. Opieka nad chorymi wymaga profesjonalizmu i czułości, bezinteresownych gestów, niezwłocznych i prostych, jak zwyczajny dotyk, poprzez które daje się odczuć drugiemu, że jest „ważny”.
Życie jest darem od Boga, jak napomina święty Paweł:„Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” (1 Kor 4,7). Egzystencja, właśnie dlatego, że jest darem, nie może być uważana za zwykłe posiadanie czy prywatną własność, zwłaszcza w obliczu zdobyczy medycyny i biotechnologii, które mogłyby doprowadzić człowieka do ulegnięcia pokusie manipulowania „drzewem życia” (por. Rdz 3,24).
W obliczu kultury odrzucenia i obojętności chciałbym stwierdzić, że dar powinien być uznany za paradygmat zdolny do przeciwstawienia się indywidualizmowi i współczesnemu rozdrobnieniu społecznemu, do poruszenia nowych więzi i różnych form współpracy ludzkiej między narodami i kulturami. Dialog, będący warunkiem daru, otwiera relacyjne przestrzenie ludzkiego wzrostu i rozwoju, zdolne przełamać skonsolidowane schematy sprawowania władzy w społeczeństwie. Darowanie nie utożsamia się z czynnością dawania, ponieważ może być ono tak nazwane tylko, jeśli daje się siebie samego. Nie może to być zredukowane do zwyczajnego przekazania jakiejś własności lub przedmiotu. Różni się ono od dawania właśnie dlatego, że zawiera dar z siebie i zakłada pragnienie utworzenia więzi. Dar jest więc wzajemnym uznaniem, które jest konieczną cechą więzi społecznej. W darze kryje się odbicie miłości Bożej, która osiąga punkt kulminacyjny we wcieleniu Jezusa i w wylaniu Ducha Świętego.
Każdy człowiek jest biedny, potrzebujący i ubogi. Kiedy rodzimy się, aby żyć, potrzebujemy opieki naszych rodziców. Stąd w żadnej fazie i na żadnym etapie życia nikt z nas nie jest w stanie całkowicie uwolnić się od potrzeby i pomocy innych, nie jest też nigdy w stanie przezwyciężyć granicy bezsilności przed kimś lub przed czymś. To jest ten stan, który charakteryzuje nasze bycie „stworzeniami”. Uczciwe uznanie tej prawdy zachęca nas do pozostawania pokornymi i do praktykowania z odwagą solidarności jako cnoty nieodzownej dla istnienia.
Ta świadomość przynagla nas do działania odpowiedzialnego i przemyślanego, mając na uwadze dobro, które jest jednocześnie osobiste i wspólne. Tylko kiedy człowiek pojmuje siebie nie jako zamknięty świat, ale jako kogoś ze swej natury związanego ze wszystkimi innymi – jako „bracia” – możliwa jest praktyka solidarności społecznej, oparta na dobru wspólnym. Nie wolno nam się bać uznać siebie za potrzebujących i niezdolnych zapewnić sobie wszystkiego, czego potrzebujemy, gdyż sami o własnych siłach nie jesteśmy w stanie pokonać wszystkich ograniczeń. Nie obawiajmy się tej prawdy, ponieważ sam Bóg w Jezusie pochylił się (por. Flp 2,8) i pochyla nad nami i naszym ubóstwem, aby nam pomóc i dać te dobra, których sami sobie nie jesteśmy w stanie zapewnić.
Na okoliczność uroczystej celebracji w Indiach chciałbym z radością i podziwem przypomnieć postać Świętej Matki Teresy z Kalkuty, wzorca miłości, która uwidoczniła miłość Boga wobec ubogich i chorych. Jak stwierdziłem w czasie jej kanonizacji, „Matka Teresa przez całe swoje życie była hojną szafarką Bożego miłosierdzia, gotową do służenia wszystkim przez przyjmowanie i obronę ludzkiego życia, tego nienarodzonego oraz tego opuszczonego i odrzuconego. (…) Pochylała się nad osobami wyczerpanymi, pozostawionymi śmierci na poboczach dróg, rozpoznając w nich godność daną im przez Boga; zabierała głos wobec możnych tej ziemi, aby uznali swoje winy wobec zbrodni (…) ubóstwa stworzonego przez nich samych. Miłosierdzie było dla niej ‘solą’, która nadaje smak każdemu jej działaniu i ‘światłem’ rozjaśniającym ciemności tych, którzy nie mieli już nawet łez, aby płakać nad swoim ubóstwem i cierpieniem. Jej misja na obrzeżach miast i na egzystencjalnych peryferiach pozostaje w naszych czasach wymownym świadectwem Bożej bliskości wobec najbiedniejszych z biednych” (Homilia, 4 września 2016).
Święta Matka Teresa pomaga nam zrozumieć, że jedynym kryterium działania musi być bezinteresowna miłość wobec wszystkich, bez względu na język, kulturę, grupę etniczną czy religię. Jej przykład nadal prowadzi nas do poszerzania horyzontów radości i nadziei dla ludzkości potrzebującej zrozumienia i czułości; zwłaszcza dla tych, którzy cierpią.
Ludzka wielkoduszność jest zaczynem działania wolontariuszy, którzy mają wielkie znaczenie w sektorze społeczno-medycznym i którzy w wymowny sposób żyją duchowością Miłosiernego Samarytanina. Dziękuję i wspieram wszystkie stowarzyszenia wolontariackie, które zajmują się transportem i ratowaniem pacjentów, które zapewniają dawstwo krwi, tkanek i organów. Szczególnym obszarem, w którym Wasza obecność wyraża optykę Kościoła, jest ochrona praw chorych, zwłaszcza tych cierpiących na choroby wymagające specjalnej opieki, nie zapominając także o wymiarze zwiększania świadomości i profilaktyki. Wasza służba wolontaryjna w strukturach służby zdrowia i domowych ma ogromne znaczenie, począwszy od opieki zdrowotnej po wsparcie duchowe. Korzysta z niej wielu chorych, samotnych, ludzi w podeszłym wieku, słabych psychicznie i fizycznie. Zachęcam Was, abyście nadal byli znakiem obecności Kościoła w zsekularyzowanym świecie. Wolontariusz jest bezinteresownym przyjacielem, któremu można powierzyć myśli i emocje; poprzez słuchanie tworzy on warunki, w których chory, nie jest już biernym obiektem opieki, ale staje się aktywnym podmiotem i bohaterem wzajemnej relacji, zdolnym do odzyskania nadziei i lepiej przygotowanym do zaakceptowania leczenia. Wolontariat komunikuje wartości, zachowania i style życia, które w centrum mają pasję obdarowywania. W ten sposób realizuje się humanizacja opieki.
Postawa bezinteresowności powinna pobudzać przede wszystkim katolickie placówki opieki zdrowotnej, ponieważ to właśnie logika Ewangelii określa ich działanie, zarówno na obszarach najbardziej zaawansowanych, jak i w miejscach najtrudniejszych. Katolickie placówki są powołane, aby wyrażać istotę daru, darmowości i solidarności, w odpowiedzi na logikę zysku za wszelką cenę, logikę dawania, aby otrzymywać, logikę wyzysku nie zwracającego uwagi na ludzi.
Wzywam Was wszystkich, na różnych poziomach, do promowania kultury bezinteresowności i daru, niezbędnych do przezwyciężenia kultury zysku i odrzucenia. Katolickie instytucje opieki medycznej nie powinny wpadać w myślenie biznesowe, ale dbać o opiekę nad człowiekiem, bardziej niż o zysk. Wiemy, że zdrowie jest relacyjne, zależy od interakcji z innymi i potrzebuje zaufania, przyjaźni i solidarności. To jest dobro, którym można się cieszyć „w pełni” wyłącznie, gdy się nim dzieli. Wskaźnikiem zdrowia chrześcijanina jest radość z bezinteresownego daru.
Was wszystkich zawierzam Maryi, Uzdrowieniu chorych. Niech nam pomaga dzielić się darami otrzymanymi w duchu dialogu i wzajemnego przyjęcia, abyśmy żyli jak bracia i siostry, uważni na potrzeby jedni drugich, abyśmy wiedzieli, jak dawać z sercem hojnym i uczyli się radości z bezinteresownej służby. Z miłością zapewniam wszystkich o mojej bliskości w modlitwie i z serca udzielam Apostolskiego Błogosławieństwa.

Watykan, 25 listopada 2018
Uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata

Bóg pisze prosto po liniach krzywych

Tomasz Dostatni OP

„Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię…”. To słowa, które bezpośrednio odnoszą się do zrozumienia powołania prorockiego, a konkretnie do proroka Jeremiasza. Ale słowa te również możemy odnieść do każdego z nas. Ich piękno i sens mówią nam, że wyszliśmy z ręki Boga i że Bogu na nas zależy. Piękno tych słów przejawia się również w tym, że każdy od początku swojego istnienia jest przez Boga „kształtowany”, to znaczy prowadzony, umacniany, Boża Opatrzność nad nim czuwa. Świadomość opieki Bożej, jej wyczuwalność pozwala człowiekowi przez całe życie wsłuchiwać się w głos, który nas karmi i prowadzi.
Opis powołania proroka Jeremiasza uwypukla także i to, że ten, którego Pan wybiera na sługę swojego Słowa, który ma iść i głosić, zostaje przez Boga do tego w szczególny sposób przygotowany. „Wstań i mów wszystko, co ci rozkaże… Nie lękaj się… Uczynię cię twierdzą warowną, kolumną ze stali i murem spiżowym… Ja jestem z tobą… i będę cię ochraniać” – te słowa Boga potwierdzają pewność misji Jeremiasza, a zarazem nam mówią, iż człowiek wybrany przez Boga do specjalnej misji może pociągnąć przyprowadzić do Niego innych. W Biblii jest kilka opisów powołania człowieka przez Boga i wszystkie są godne rozważania, np. powołanie Samuela, Dawida, Izajasza, Mateusza czy Pawła. Zawsze Bóg jest niesamowicie blisko człowieka, któremu okazuje w widoczny sposób swoją miłość.
„Miłość ponad wszystko i we wszystkim”. Hymn o miłości, który znamy dobrze, pozwala nam, dzisiaj go odczytującym, zrozumieć swoje właściwe miejsce w świecie, zarówno tym wielkim, jak i tym małym. Myślę, że każdy z nas powinien kilka razy w roku przeczytać ten hymn z wielką uwagą i wewnętrzną pokorą. Nie żyjemy sami, zawsze w większej czy mniejszej wspólnocie z innymi ludźmi. Dlatego słowa świętego Pawła mogą spełniać rolę jakby rachunku sumienia, a równocześnie mogą być modlitwą pragnienia, które stale się urzeczywistnia. „Miłość cierpliwa jest…, nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą… Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy…” Proponuję tym, dla których ten hymn jest bliski, aby próbowali tak go odczytywać i tak nim się modlić, aby w miejsce słowa miłość wstawić swoje imię. I zobaczyć, jakie wymagania miłość – sam Chrystus nazwany tak przez Jana – nam stawia.
Jaki jestem i czego Pan oczekuje ode mnie. Spróbujmy takiego rachunku sumienia. Myślę, że warto. Jedna z wielu definicji miłości, której autorem jest św. Tomasz, mówi, że miłość to pragnienie dobra dla drugiego człowieka. W codziennym życiu trudno czasami dostrzec dobro bliźniego przed własnym, ale nie ma innego wyjścia.
Jezusa nie można zabić, Jezusa można wypędzić. Doświadczenie modlitwy i spotkania Jezusa ze swoimi ziomkami w synagodze w Nazarecie jest doświadczeniem szczególnym. Jezus został odtrącony przez swoich. Ten sam proces może się dokonywać także w naszym życiu. To dramat, który może przerodzić się w egzystencjalną tragedię. Odtrącony przeze mnie Jezus po prostu odchodzi. Oddala się. Byłaby to wizja tragiczna, lecz Ewangelia nam przypomina np. opowieść o powrocie Syna marnotrawnego, inaczej nazywaną opowieścią o miłosiernym Ojcu oraz o pasterzu, który zostawia wszystkie owce, aby szukać tej jednej zaginionej. Te opowieści napawają radością i nadzieją, że Bóg nie odwraca się od człowieka, nawet gdyby człowiek sam odwrócił się od Niego. Miłość silniejsza jest od nienawiści, a łaska od zwątpienia.

Uroczystość Św. Pawła Pierwszego Pustelnika u wągrowieckich paulinów

 

Już po raz szósty przeżywaliśmy patronalne święto zakonu paulinów, tradycyjne „Pawełki”, uroczystość poświęconą Patriarsze Zakonu – Świętemu Pawłowi Pierwszemu Pustelnikowi. Dni poprzedzające to nowenna wypełniona modlitwą, by za wstawiennictwem Patriarchy wypraszać potrzebne nam łaski, a także dziękować Bogu i Matce Najświętszej za wszelkie dary, którymi nas Bóg obdarzył w minionym roku, poprzez owoce pracy naszych wągrowieckich ojców i braci paulinów. Te dni, kiedy wraz z naszymi paulinami przeżywaliśmy uroczystości poświęcone Św. Pawłowi Pustelnikowi, mogliśmy bardziej poczuć się członkami wielkiej rodziny paulińskiej. Co prawda należymy do najmłodszej stażem wspólnoty paulińskiej, to jednak te wszystkie, wspólnie przeżywane chwile i głoszone nauki przybliżyły nam po raz kolejny postać Patriarchy i jego oddziaływanie na naszą osobowość, a także lepsze rozumienie istoty powołań zakonnych i paulińskiej dewizy „Solus cum Deo solo”. Tegoroczne uroczystości po raz pierwszy przebiegały u nas w duchowej łączności z Matką Bożą Częstochowską, która od kilkudziesięciu dni towarzyszy naszej wspólnocie parafialnej z nowego ołtarza, w Jej częstochowskim wizerunku, ofiarowanym nam przez o. Mariana Waligórę Przeora Jasnej Góry. Wypada nam wspomnieć, że pierwszym „Pawełkom” w 2014 r. przewodniczył ks. bp Krzysztof Wętkowski – biskup pomocniczy Archidiecezji Gnieźnieńskiej, a każdego roku ojcowie paulini zadbali o wysoką rangę tego u nas przeżywanego święta. W kolejnych latach, mszy św. wieńczącej nowennę poświęconą Św. Pawłowi przewodniczyli: Abp Henryk Muszyński – prymas senior, Ks. bp Artur Miziński – Sekretarz Generalny Konferencji Episkopatu Polski, Ks. bp Andrzej Suski – ordynariusz toruński, Ks. Abp Stanisław Gądecki – Metropolita Poznański Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski. I w tym roku, z wielką radością powitaliśmy Ks. bpa Andrzeja Przybylskiego – biskupa pomocniczego Archidiecezji Częstochowskiej, który przewodniczył mszy św. i naszej modlitwie. Koncelebransem był o. Dariusz Nowicki, a we mszy uczestniczył również wicedziekan wągrowiecki ks. kan. Witold Chmielewski. W wygłoszonej homilii celebrans wiele słów poświęcił sile modlitwy. Gdzie jest modlitwa, tam jest Bóg. A jeśli w naszym życiu jest Bóg, to zawsze możemy liczyć na Jego pomoc i wsparcie, tak jak nas tego uczy postawa i życie św. Pawła Pustelnika. Jeśli żyjemy w harmonii z Bogiem, mamy moralne prawo prosić Go o tę pomoc i liczyć na spełnienie naszych oczekiwań. Na tych warunkach zbudowana jest nasza wiara; obyśmy tylko potrafili nie dopuścić, by ona osłabła i zwiodła nas z tej jedynej, właściwej drogi. Punktem kulminacyjnym naszej uroczystości było indywidualne Błogosławieństwo, którego ks. Biskup udzielił wszystkim uczestnikom mszy św., a także możliwość ucałowania relikwii Św. Pawła. Była też okazja skosztowania owoców pustyni. Cała nasza uroczystość odbyła się przy bardzo licznym udziale parafian i gości sympatyzujących z zakonem. Bogu dzięki za ten szczególny dzień i za naukę, którą przyniosła nam nowenna i z nią związane doznania duchowe.   

Janusz Marczewski

 

Paulini zapraszają na „Pawełki”.

Dziewięć dni, czyli nowennę trwają duchowe przygotowania w klasztorze Wągrowieckim i we wszystkich klasztorach paulińskich przed uroczystością św. Pawła Pierwszego Pustelnika. To dziewięciodniowe nabożeństwo nazywane jest popularnie „Pawełkami”. Najbardziej uroczyście jest ono celebrowane w największej wspólnocie paulińskiej – na Jasnej Górze w Częstochowie.

W sobotę 12 stycznia rozpoczął się pierwszy dzień nowenny. W klasztorze wągrowieckim połączona jest ona z Mszą św. o godz. 18.00. Przez 9 kolejnych wieczorów Paulini gromadzą się na specjalnej modlitwie ku czci św. Pawła Pustelnika.

Nabożeństwo „pawełkowe” ma swoją bogatą historię i liturgię. Celebrans w otoczeniu asysty i ministrantów, po okadzeniu relikwii św. Pawła, intonuje jeden z dwóch hymnów opowiadających o prześladowaniu chrześcijan i życiu św. Pawła na pustyni. Hymny śpiewają na przemian zakonnicy i wierni przy akompaniamencie organów. Po zakończeniu śpiewu, podczas homilii kaznodzieja przypomina życie i misję św. Pawła z Teb. Każdego dnia nauka przybliżająca charakterystyczne rysy 800-letniej duchowości zakonnej. Zakończeniem każdego dnia „Pawełek” jest akt czci – ucałowanie przez wszystkich wiernych relikwii św. Pawła Pustelnika. 
Święty Paweł z pustyni egipskiej jest głównym wzorem życia w samotności i na kontemplacji dla ponad 500 współcześnie żyjących zakonników paulińskich. Według przekazu św. Hieronima z IV wieku św. Paweł z Teb żył aż 113 lat, z czego prawie 90 lat spędził na modlitwie w samotności pustyni. Dlatego też został obrany za głównego patrona przez powstający na Węgrzech w XIII wieku Zakonu Paulinów i tak jest do dzisiaj.
Nabożeństwo „Pawełek” gromadzi już od wielu lat tych, którzy skupieni są we wspólnotach i parafiach gdzie posługują Paulini. W naszej archidiecezji są to parafie Biechowo i Wągrowiec. Św. Paweł Pustelnik uznawany jest za szczególnego patrona i opiekuna matek spodziewających się rozwiązania lub pragnących mieć potomstwo, a także – jest szczególnym patronem dzieci.
Dlatego zapraszamy do uczestnictwa w tych niezwykłych nabożeństwach. Najbardziej jednak wszystkich mieszkańców Wągrowca, gdzie Paulini od 5 lat pełnią swoją posługę. Warto poznać korzenie ich życia zakonnego i charyzmatycznego, choć mało znanego patrona, św. Pawła I-go Pustelnika z Teb. 
W niedzielę 20.01. br. na zakończenie nabożeństw o godz. 12.30 w kościele pw. Wniebowzięcia NMP w Wągrowcu Eucharystii będzie przewodniczył ks. bp Andrzej Przybylski z Częstochowy. Po Mszy św. nastąpi specjalne błogosławieństwo dla dzieci. Każdy będzie też mógł spróbować owoców pustyni. Serdecznie zapraszamy.

O. Dariusz Nowicki OSPPE
Przełożony wągrowieckiego klasztoru

 
  •  

 

 

 

Pospiesznym do Jezusa

 

Augustyn Pelanowski OSPPE

Zanim Jezus nauczył się chodzić, zanim powiedział pierwsze słowo, zanim uczynił pierwszy cud, mógł już udać się do drugiego człowieka w Niej – w Maryi. Ona umożliwiła Mu dotarcie do człowieka, zanim On urodził się jako człowiek. Ona stała się pierwszym apostołem. Tak zostało na zawsze. Również i dziś Maryja przybliża Jezusa najszybciej. Łukasz mówi, że Jej droga odbywała się w pośpiechu. Możemy to tak rozumieć, że Jej droga przybliżania nam Jezusa jest szybsza niż zwykła droga dochodzenia do Niego.
Kiedy czytamy, że Maryja weszła do domu Elżbiety i ją pozdrowiła, nie możemy oprzeć się skojarzeniu ze zwiastowaniem. Zachowała się dokładnie tak jak anioł Gabriel. Jej osobiste spotkanie z Gabrielem sprawiło, że tak samo zaczęła zachowywać się wobec tych, którym przynosiła Jezusa i przynosi.
Być może i ty, jak Elżbieta, oczekujesz kogoś, kto by przyniósł ci odmianę życia. Elżbieta wyraźnie zmieniła się po ujrzeniu Maryi, poczuła napełnienie Duchem Świętym. Być napełnionym, to nie czuć w sobie pustki. Czujemy ją zawsze, dopóki szukamy spełnienia we wszystkim oprócz Boga. Począwszy od chipsów, a skończywszy na filmach, nic nie da człowiekowi poczucia pełni i satysfakcji z istnienia, oprócz Ducha Świętego.
Każdy człowiek wybiera najszybszą drogę do osiągnięcia jakiegokolwiek celu. Denerwujemy się na opóźnienie pociągu. Odczuwamy wstyd, gdy sami się spóźniamy. Bóg się nie spóźnia. Dał nam nawet szansę spotkania z Nim szybciej, niż gdybyśmy tego oczekiwali. Tą szansą jest Maryja. Wystarczy jeden Różaniec, który zadziała jak telefon interwencyjny, i jesteśmy w ramionach Ducha Świętego. Przestrzeń, którą Syn Boży choćby raz dotknął swoją obecnością, na zawsze staje się przestrzenią dotykającą Jego Obecnością. Jej łono, Jej wnętrze, Jej serce zostało wypełnione obecnością Ducha Świętego i obecnością Jezusa, i tak już zawsze będzie. Spotykając Ją, nie sposób uniknąć spotkania Jezusa. Ci, którzy zastanawiają się, czy modlić się do Jezusa, czy do Maryi, nie wiedzą, że takie rozdzielenie jest niemożliwe. Jeden z moich przyjaciół prowadził dyskusję z pastorem zboru zielonoświątkowego. W pewnej chwili zapytał go o to, do kogo ludzie z jego wspólnoty przychodzą prosić o modlitwę wstawienniczą. Odpowiedział, że do niego. Wtedy zapytał go, dlaczego. Na co zdziwiony pastor odrzekł, że ludzie uważają modlitwę pasterza za skuteczniejszą, ponieważ sądzą, że pasterz wspólnoty ma bliższy kontakt z Jezusem. Mój przyjaciel dalej pytał, czy gdyby istniała osoba na ziemi, która znałaby Jezusa najbliżej, to czy pozwoliłby swoim owieczkom do niej się udawać? Odpowiedział, że tak. Tym razem już wyraźnie zapytał, czy zna kogoś na świecie, kto miałby bliższy kontakt z Jezusem niż Jego Matka. Oczywiście ów pastor nie dał się przekonać, ale my pozwólmy sobie na pospieszny kontakt z Jezusem, czyli na przyjęcie Maryi choćby dziś, kiedy Jego przyjście jest tak bliskie.