Archiwa tagu: Świadectwo

Pamięci Błogosławionej Poznańskiej Piątki

KLIKNIJ – ZDJĘCIA

Członkowie “Motocyklowego Stowarzyszenia Pomocy Polakom Za Granicą WSCHÓD-ZACHÓD im. rotm. Witolda Pileckiego” – uczestnicy Rajdu Rodzinnego z okazji liturgicznego wspomnienia „Błogosławionej Poznańskiej Piątki” /12 czerwca/, zawitali dzisiaj do wągrowieckiego klasztoru oo. Paulinów. To, że Wągrowiec znalazł się na trasie rajdu, nie jest przypadkowe. Okazuje się bowiem, że bł. Edward Kaźmierski gościł w wągrowieckim klasztorze na wakacjach, przed wybuchem II wojny światowej, latem 1937 r. Uczestników Rajdu powitał proboszcz parafii i przełożony domu zakonnego o. Józef Stępień wraz z Burmistrzem m. Wągrowca p. Jarosławem Berendtem. O. Proboszcz, w trakcie zwiedzania kościoła, przedstawił uczestnikom Rajdu historię Zakonu Cystersów, począwszy od czasu translokacji z Łekna do Wągrowca, a także dzieje wągrowieckiej świątyni. Z inicjatywy Komandora Rajdu, zebrani odmówili „dziesiątkę” Różańca św. w intencji Ojczyzny. W trakcie spotkania plenerowego na dziedzińcu przyklasztornym, o. Proboszcz i p. Burmistrz zachęcali uczestniczących w rajdzie do odwiedzania miasta.

Poznańska Piątka (błogosławieni oratorianie) – to pięciu młodych wychowanków Salezjańskiego Oratorium świętego Jana Bosko w Poznaniu. Podejrzewani przez Gestapo o przynależność do tajnej organizacji politycznej, zostali aresztowani w dniach 21 i 23 września 1940 r., a potem więzieni w Poznaniu, Wronkach, Berlinie, Zwickau i zamordowani /zgilotynowani/ w Dreźnie 24 sierpnia 1942 r., ogłoszeni błogosławionymi w dniu 13 czerwca 1999 r. przez Jana Pawła II na Placu Zamkowym w Warszawie w gronie 108 męczenników II wojny światowej. Byli to: Czesław Jóźwiak, Edward Kaźmierski, Edward Klinik, Franciszek Kęsy, Jarogniew Wojciechowski.

W trakcie spotkania mogliśmy wysłuchać wspomnień bł. Edwarda Kaźmierskiego, które przedstawiła p. Kinga Sibilska , a poniżej prezentuję fragmenty tych wspomnień.
…….. Przebywaliśmy tam na kolonii od 15 lipca do wczoraj /21.8.dop.red./ i mieszkaliśmy w dawnym konwencie Ojców Cystersów…..Podobnie jak w Konarzewie szybko pozyskaliśmy sympatię mieszkańców Wągrowca. Zdobyliśmy ich śpiewem, pobożnością, fantazją i swoimi występami. A śpiewaliśmy nie tylko w kościele. Śpiew towarzyszył nam podczas wszystkich wycieczek. Chyba dwa takie marsze zapamiętali wągrowiczanie najbardziej. Jeden to była wielka wyprawa na ryby. Urządził ją kl. Leon Musielak. Każdemu z nas zafundował żyłkę, spławik, haczyk i kij. Tak powstała armia sześćdziesięciu wędkarzy, która ze śpiewem wyruszyła nad jezioro. Zbieraliśmy po drodze oklaski i uśmiechy……..Pierwszy raz daliśmy się poznać mieszkańcom Wągrowca w niedzielę 18 lipca. Podczas mszy św. o godz. 9.00 śpiewaliśmy na trzy głosy Polską Mszę ks. A. Piechury i na cztery głosy pieśni do Matki Boskiej ks. A. Chlondowskiego. Po uroczystych nieszporach – w tym dniu obchodzono odpust Matki Boskiej Szkaplerznej – urządziliśmy z tej okazji małą akademię dla ludności. Złożyły się na nią pieśni maryjne i eucharystyczne oraz operetka „Szkoła”. Ja, jak zwykle, występowałem w roli nauczyciela. Mój śpiew i popisy na scenie bardzo się wszystkim podobały. Podobał się też mój strój. Miałem na sobie surdut Dziadzi, jego kapelusz, okulary i laskę. Kapelusz bardzo mi się przydał. Po występie zwróciłem się do widzów z prośbą, by wrzucili coś do niego na wycieczkę dla moich śpiewających sztubaków. Do kapelusza trafiło ponad piętnaście złotych.
Dzień zakończył się niezbyt przyjemnie. Na kolację otrzymaliśmy jakąś nędzną kaszę, której nikt nie ruszył……………..W czwartek 22 lipca wybraliśmy się na wycieczkę do Kobylca. Szliśmy drogą wzdłuż Jeziora Durowskiego, w którym się zawsze kąpiemy…….26 lipca, w poniedziałek, doczekaliśmy się pierwszej pochwały prasowej. „Gazeta Wągrowiecka” *) chwaliła nasz występ, jaki poprzedniego dnia miał miejsce w auli miejscowego gimnazjum. Podobały się i „Szkoła”, i dwie pantomimy, i „ Ave Maria” Żukowskiego, którą śpiewałem razem z kl. Krajczyńskim. Gazetę przyniósł kl. Dworowy i z dumą odczytał artykuł po śniadaniu. Wystąpiliśmy przy przepełnionej sali……Ale jeszcze bardziej podobał się mieszkańcom Wągrowca nasz przemarsz z dworca do klasztoru. Było już późno, dochodziła dziewiąta, ludzie szykowali się do snu, a tu nagle buchnął nasz śpiew. Ludzie powychodzili na ulice, wypełnili okna i witali nas oklaskami jak żołnierzy wracających z manewrów. I tak zakończyła się nasza kolejna wyprawa……W trzy dni później podbiliśmy serca wągrowiczan sztuką „W pogoni za milionami”, którą wystawiliśmy w sali „Sokoła” na nowej strzelnicy, i śpiewami, jakie wykonaliśmy przed przedstawieniem. Trwało to wszystko do północy przy pełnej sali. Za występy pochwaliły nas dwa miejscowe dzienniki: „Głos Wągrowiecki” i „Gazeta Wągrowiecka” *). Nawet dość szeroko je omówiono…..W czwartek, 12 sierpnia, znowu całodzienna wycieczka do pobliskiego lasu. Jego ozdobą jest kolonia czapli i okazały dąb, zwany „Królewskim” lub „Dębem Korfantego”. Ma podobno 250 lat i 35 metrów wysokości……W drodze powrotnej do Wągrowca miałem jeszcze jeden ładny widok. Od jakiegoś czasu widuję w pobliżu naszego konwentu pewną piękną osóbkę. Gdyśmy wracali, minęła nas ta osóbka, jadąc w powózce. Wymieniliśmy uśmiechy. Wpadła mi w oko, ale zapomnę o niej, gdy wyjedziemy z Wągrowca……Na tych wągrowieckich koloniach wycieczka goni wycieczkę. Tym razem wybraliśmy się na odpust do Niemczyna, zaproszeni przez księdza dziekana. Chodziło o to, żeby odpustową sumę uświetnić naszym śpiewem……Śpiewaliśmy podczas mszy i podczas nieszporów. Po nieszporach obejrzeliśmy odpustowe budy i pojechaliśmy naszymi wozami do Stępuchowa na obiad. Obiadem podejmowała nas miejscowa dziedziczka. Przyjęto nas tu bardzo gościnnie. Usługiwali nam siostra dziedziczki, jej włodarz z żoną i córkami oraz kucharki…..Miło minął nam dzień 19 sierpnia. Na ten dzień przypada święto salezjańskie, które my nazywamy „żołądkowym”. I nie bez racji. Na śniadanie był chleb pszenny z masłem, na obiad między innymi potrawami mięso, na podwieczorek każdy dostał pół blachy placka. Że też codziennie nie ma takiego święta! Dobre jedzenie, nagroda za strzelanie, którą otrzymałem, myśl o pięknej wągrowieckiej nieznajomej – wprawiły mnie w taki dobry nastrój, że miałem ochotę napisać jakiś muzyczny utwór. Ale nic z tego nie wyszło. Napisałem tylko pocztówkę do domu, że w sobotę wracam. No i jestem już w domu, spisuję te wągrowieckie wspomnienia i mimo niesmacznej kaszy i grochówki uważam, że były to piękne dni. Na pożegnanie otrzymałem uśmiech mojej „pięknej nieznajomej”, którą spotkaliśmy idąc na dworzec.

*) Relacje w galerii.

Janusz Marczewski

100.rocznica urodzin Św. Jana Pawła II

ZDJĘCIA – KLIKNIJ

 

Ten osiemnasty majowy dzień sprzed 100.lat, na trwale zapisał się w historii naszego narodu. W Wadowicach przyszedł na świat Karol Józef Wojtyła, dziś znany na świecie jako papież, Św. Jan Paweł II. Dzisiaj, kiedy obchodzimy 100.rocznicę urodzin tego Wielkiego Papieża, polskiego papieża, każdy z nas ma wiele osobistych przeżyć, które wiążą się z Jego osobą, przeżyć towarzyszących Jego pielgrzymkom do Ojczyzny, Jego wygłaszanym homiliom, czy może osobistym spotkaniom na Watykanie. To są przeżycia, które dzisiaj są naszym duchowym bogactwem; możemy szczycić się, że w naszym życiu spotkaliśmy Świętego. My, mieszkańcy Wągrowca możemy czuć się wielce zaszczyceni, że ten wielki Święty był przed 47.laty naszym gościem w maju 1973 r., w trakcie odbywającego się wówczas w Wągrowcu, Kongresu Biblistów Polskich. Upamiętnia to zdarzenie pamiątkowa tablica w wągrowieckim kościele pw. Wniebowzięcia NMP. Zawsze też, przechodząc ul. Klasztorną na odcinku od Fary do Klasztoru oo. Paulinów, winniśmy pamiętać, że tą drogą kroczył Święty. A w kościele klasztornym, w przestrzeni prezbiterium znajdujemy relikwie Świętego. Są to meble liturgiczne, które w 1997 r. służyły papieżowi w trakcie sprawowanej mszy św. w Gnieźnie, w czasie pielgrzymki do Ojczyzny. Od 2019 r., w ołtarzu Miłosierdzia Bożego, w relikwiarium znajdują się relikwie I stopnia Świętego, w postaci kropli Jego krwi. W naszych redakcyjnych zasobach możemy odnaleźć spisane relacje z osobistych kontaktów mieszkańców naszego miasta z Ojcem Świętym. Były one publikowane na łamach „Słowa z Klasztoru” – kwartalnika – działającego przy parafii „Parafialnego Oddziału Akcji Katolickiej” – który jest też zapewne w posiadaniu wielu osób. Trudno teraz, w krótkiej relacji scharakteryzować ich treść. One wszystkie podkreślają wyjątkowość spotkań z Ojcem Świętym, wielkie wzruszenie im towarzyszące, a nade wszystko siłę oddziaływania, która w wielu przypadkach odmieniła ich życie. Dzisiaj, wszyscy, którzy wówczas przeżywali radość i wzruszenie ze spotkania, są zapewne jeszcze bardziej usatysfakcjonowani. Dzisiaj mogą z zaszczytem opowiadać, że na drodze swojego życia spotkali Świętego, otrzymali Jego błogosławieństwo, mogli fizycznie Jego dotykać, bądź byli przez Świętego obdarowywani dotykiem, różańcem, czy też szczególnym darem, jakiego doświadczyła p. Leokadia Grajkowska – darem Eucharystii przyjętym z rąk Świętego. O wzruszeniu, jakie jej wówczas towarzyszyło, wspominała m.in. w cyklu pn. „Moje spotkanie z Ojcem Świętym”, publikowanym w nr 7/2001 r. „Słowa z Klasztoru”. Relacjonowała wówczas………….. „z trwogą podeszłam do pierwszego stopnia i po ukłonie Jezusowi ukrytemu w Eucharystii oraz Następcy świętego Piotra, zaczęłam wchodzić wyżej, myśląc teraz już tylko o jak najgodniejszym przyjęciu komunii świętej i o tym, żeby zwielokrotnił się otrzymany dar wiary. Pokonanie schodów sprawiło mi dużo trudności, spowodowanych prawdopodobnie niepotrzebnym przed nimi lękiem, toteż ze łzami w oczach stanęłam na przedostatnim stopniu. Słysząc głos „Ciało Chrystusa” z udręczeniem, a jednocześnie wyjątkowo mocno, z największą pewnością na jaką było mnie stać – odpowiedziałam „Amen”. Z powodu łez w momencie przyjmowania Ciała Jezusa nie widziałam Ojca Świętego, który chyba to zauważył i bardzo delikatnie, kojąco dotknął mój policzek. Odczułam ogromną radość i teraz już nie widziałam nikogo i niczego, „sfrunęłam” nie tylko z tych nieszczęsnych schodków, na których przyjmowaliśmy komunię świętą, ale także ze schodów prowadzących do ołtarza, a było ich niemało”……., ……… „do dnia dzisiejszego przyjęcie komunii świętej z rąk Ojca Świętego było najbardziej doniosłym wydarzeniem w moim życiu, bo nie było oczekiwane nawet w najśmielszych marzeniach”……..(zdjęcie w galerii).
Pan Dzierżysław Bonowski w nr 10/2002 r. „Słowa z Klasztoru” wspominał m.in. ……… „po mszy św. kolejna radość – będziemy mieć, jako grupa z Wągrowca zdjęcie z Ojcem Św. Po gorączkowych ustaleniach i krótkim oczekiwaniu podchodzi do nas Ojciec Św. Jest uśmiechnięty i emanuje od Niego ciepło, jakiego nie sposób zapomnieć. Wita się z przedstawicielami grupy. Pyta skąd jesteśmy. Po naszej odpowiedzi mówi „ach pamiętam – Wągrowiec – są tam takie szerokie schody w Klasztorze”……….(zdjęcie w galerii).
Janek i Justyna Springerowie, którzy pielgrzymowali wówczas z rodzicami Jadwigą i Jerzym wspominają m.in. też w nr 10/2002 r. „Słowa z Klasztoru”…….”wszystkie te atrakcje nie mogły się równać z wydarzeniem, które zapamiętamy na pewno do końca życia. Mianowicie było to osobiste spotkanie z naszym papieżem Polakiem w Bazylice św. Piotra…….Jednak najwspanialszą chwilą, którą zdołaliśmy przeżyć była nasza osobista rozmowa z papieżem i Jego ojcowski pocałunek w czoło ! Wzruszenie rodziców było ogromne” !………….(zdjęcie w galerii).
Te wybiórczo zaprezentowane powyżej wspomnienia uczestników spotkań z Ojcem Świętym, nie wyczerpują oczywiście wszystkich przeżyć, które są utrwalone w naszej świadomości. Ale one wszystkie są dowodem świętości naszego papieża, który już za swego życia, każdym swym gestem, słowem, niósł nam radość, nadzieję i duchowe wsparcie, które ubogacało nasze życie i umacniało naszą wiarę. Dlatego też, tak nam Go dziś brakuje, ale zawsze ufamy, że On nadal nas wspiera orędując u Boga za narodem, którego tak umiłował.
Święty Janie Pawle II – dziękujemy !

Jeśliby ktoś zechciałby wspomnieć inne relacje, były one publikowane w „Słowie z Klasztoru”
nr 5/2001 r. – p. Janina Komorowska – z par. św. Wojciecha w Wągrowcu; nr 6/2001 r. – p. Izabella Bonowska-Kaster z Dortmundu – rodowita wągrowczanka;  nr 8/2002 r. – p. Tadeusz Basiura;  nr 13/2003 r. – pp. Agnieszka i Adam Sassowie

Janusz Marczewski

Chwalcie łąki umajone …

 

Michał i Agnieszka Andrzejewscy z dziećmi, przed Kapliczką Maryjną przy domu rodzinnym Łęgowo-Wągrowiec – 1936 r.

Pamiętam z dzieciństwa majówki takie prawdziwe, wiejskie, przy kapliczce obok Domu Rodzinnego. Rzeczywiście były to nabożeństwa pełne modlitwy, nadziei i radości … Kiedy dziś słyszymy słowo majówka, niestety ponoć pierwszym, nasuwającym się skojarzeniem jest tzw. „długi weekend”. Dla nas, ludzi wierzących majówką, nadal jest Maryjne nabożeństwo majowe!

Dla wielu pokoleń Polaków nabożeństwo majowe zawsze było bardzo ważną częścią dnia i wiary w majowym miesiącu roku. W tym czasie wierni swą uwagę poświęcają Matce Bożej. Podczas nabożeństwa odmawiana jest lub śpiewana Litania Loretańska, po niej ma miejsce krótka nauka kapłana lub czytanka majowa, a na koniec udzielane jest błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem.

Nabożeństwa majowe są jednym z nabożeństw, które nie muszą odbywać się tylko w kościołach czy kaplicach. W starej, polskiej tradycji bardzo często nabożeństwa majowe są odprawiane przy przydrożnych krzyżach, kapliczkach czy figurach Matki Bożej. Mieszkańcy wsi i miasteczek sami, spontanicznie gromadzą się na modlitwie, a już pod koniec kwietnia naprawiają i przyozdabiają kapliczki, by wyglądały odświętnie, kolorowo i zawsze były chlubą danej miejscowości.
W wiejskich majówkach nadal licznie uczestniczą starsi i młodsi.

Przeżywamy kolejny w naszym życiu piękny miesiąc maj, miesiąc, w którym kwitną drzewa, kwiaty, dni są coraz dłuższe i jest więcej słońca. Zaiste, maj jest miesiącem radości ludzi wierzących, takiej radości, w której chwalimy Maryję, wyśpiewując Jej najpiękniejsze pieśni i prosimy o pomoc, jak również dziękujemy Jej za Matczyną opiekę. Tegoroczny maj niech będzie głośnym wołaniem do Boga za wstawiennictwem Maryi za naszą Ojczyznę i świat cały, o zmiłowanie i Miłosierdzie Boże w czasie pandemii i suszy …

Nabożeństwa majowe na stałe wpisały się w naszą polską tradycję i religijność. Stawiając nowe domy, często w ogrodach umieszczamy krzyże, różne figurki świętych, czy małe kapliczki Maryjne, ale warto zastanowić się, czy chociaż jeden raz zgromadzimy się przy nich wraz ze swoją rodziną, przyjaciółmi i sąsiadami, aby wspólnie odmówić Litanię Loretańską, czy zaśpiewać jedną z wielu pieśni Maryjnych?

Również w miesiącu Maryjnym, w maju 1981 roku gasło życie Prymasa Tysiąclecia.
Jeszcze 13 maja, gdy dowiedział się o zamachu na Jana Pawła II, nagrał przesłanie do narodu: „Wszystkie modlitwy, które zanosiliście w mojej intencji, proszę skierować w tej chwili w intencji Ojca Świętego” – apelował do Polaków. 25 maja 1981r. Prymas Wyszyński ostatni raz rozmawiał przez telefon z Papieżem, który leżał ranny w rzymskiej Poliklinice Gemelli. Wtedy cichutko poprosił: „Ojcze, jestem bardzo słaby, bardzo…, pobłogosław mi…“. Papież odpowiedział, że całuje jego głowę i ręce, okazując bliską więź z tym, którego sam nazwał Prymasem Tysiąclecia.

Do ostatnich chwil życia towarzyszył mu obraz Matki Bożej Częstochowskiej, który stał na szafce przy łóżku. Wpatrując się w oczy Maryi, przyjął ostatni raz Komunię Świętą. Do Niej też, słabym, łamiącym się głosem, kierował ostatnie na ziemi słowa – zapamiętanej z dzieciństwa pieśni Maryjnej: „Chwalcie łąki umajone, góry, doliny zielone ...”. Potem stracił przytomność. Zmarł nad ranem w Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, 28 maja 1981 roku – a dzisiaj nadal oczekujemy na akt beatyfikacji Tego wiernego czciciela i niewolnika Maryi. Warto o tym pomyśleć teraz, gdy Ojczyzna w potrzebie, gdy ogarnięci jesteśmy lękiem i trwogą, zanim szybko upłynie miesiąc maj, zgromadźmy się z rodziną, sąsiadami i bliskimi przy kapliczkach i grotach Maryjnych i jeszcze raz odważnie, z głęboką wiarą i nadzieją zaśpiewajmy do Bożej Matki i Królowej Polski: „ Do Twej dążym kaplicy, co z brzegu czeka nas, wśród wichru nawałnicy, w pochmurny, słotny czas, byśmy tam wciąż dążyli i nigdy nie zbłądzili, Maryjo, Maryjo, o Maryjo świeć…”.

Ks. Dariusz W. Andrzejewski

Bóg się rodzi, moc truchleje ! Bracia, patrzcie jeno……

 

 PASTERKA A.D. 2019 – KLIKNIJ ZDJĘCIA

Jest tak zapewne od wielu pokoleń, ale obowiązkiem ludzi dorosłych jest dbałość o zachowanie tych wielkich wartości, które płyną z Betlejem, z tej mizernej, cichej i lichej stajenki, gdzie “Anioł pasterzom mówił, że Chrystus się nam narodził, narodził się w ubóstwie” . Z bogatej lektury samych tytułów polskich kolęd i pastorałek, płynie wielka wrażliwość ich autorów na wydarzenie, które zmieniło nasze losy; Mesjasz przychodzi na świat, niepojęte dary dla nas daje – dzisiaj z nieba, Ojciec łaskawy . Jezus malusieńki, leży wśród stajenki; przybieżeli do Betlejem pasterze, mędrcy, świata monarchowie; przystąpmy i my do szopy, uściskajmy stopy – Jezusa maleńkiego, który swoje Bóstwo, wydał na ubóstwo, dla naszego zbawienia . Tych kilka, przytoczonych tu tytułów kolęd oddaje sens i rangę wydarzenia, na które i „króle i prorocy czekali, którego tyle tysięcy lat wyglądano, a On tej nocy nam się objawił”. I oby tak się stało; byśmy mieli siłę i wiarę, by i nasze spotkanie z przychodzącym Zbawcą, było przede wszystkim naszym podziękowaniem i wdzięcznością za Jego ofiarę dla nas . Powie ktoś, że to już ponad dwa tysiące lat; mamy XXI wiek, to już inny wymiar przeżywania tamtych odległych zdarzeń. Nie chciejmy tak szybko i bezmyślnie niszczyć tradycji przodków, gdyż dzisiejszy świat nie wiele ma nam do zaoferowania poza agresywnym konsumpcjonizmem. Nie zamierzam nie dostrzec i bagatelizować tych pozytywów, które są i dziś widoczne. To cieszy i dowodzi, że nie wszyscy stracili wrażliwość. Mamy przecież budujące dowody, że potrafimy zadbać o bezdomnych, zbieramy żywność dla ubogich rodzin, urządzimy im wigilię, choć potem często i tak pozostają sami sobie. Potrafimy coraz piękniej dekorować różnymi iluminacjami nasze miasta, domy, witryny sklepowe, markety – niektóre już po Zaduszkach . Reklamy prasowe, telewizyjne, pełne są zachęcających, agresywnych reklam, które mają nas przekonać do wielkich zakupów. Nawet karty pocztowe wydaje się z gotowym nadrukiem treści życzeń, coraz trudniej nabyć świąteczną kartkę, na którą chciałoby się przelać własne życzenia drogim bliskim. Ktoś powie: a po co, wystarczy wysłać sms lub e-mail. Nie niszczmy tradycji. Niech Opłatek, śpiewanie kolęd, wigilia, Pasterka, jasełka, choinka, umocnią nas i dodadzą sił, byśmy umieli godnie przeżyć nadchodzące święta Bożego Narodzenia. Niechaj nasze świąteczne spotkania będą źródłem utrwalenia rodzinnych tradycji bożonarodzeniowych; uczyńmy wszystko, by nie zatracić tych wartości, którymi wychowali nas rodzice .
A tak to było w czasach mojego dzieciństwa, które przypadło na lata okupacji hitlerowskiej, gdzie mimo trudu tamtych czasów, nasi Rodzice nie zatracili sensu tych świąt, czyniąc wszystko, by dochować tej wielowiekowej tradycji.
Jest dzisiaj czwartek 19 grudnia 1940 r. Tato przyniósł do domu piękną, pachnącą lasem choinkę. Najpierw ją zamocował w wykonanym przez siebie drewnianym, zielonym stojaku. A potem zaczął ją powoli, z namaszczeniem i z wielką – charakteryzującą go – dokładnością, ubierać w wyjęte z drewnianej skrzyni ozdoby choinkowe. Wiele z nich sam wykonał, były bardzo piękne. Staliśmy z siostrą przyglądając się temu wszystkiemu z szeroko otwartymi oczyma, podziwiając kunszt czynności Taty, który od czasu, do czasu spoglądał na nas patrząc, jakie wrażenie czyni na nas piękniejąca z każdą chwilą choinka. W pewnej chwili siostra rzekła do mnie : Tata już dziś ubiera choinkę, bo jutro są twoje 4.urodziny. Kiedy choinka już stanęła w pełnej krasie w wyznaczonym jej miejscu, wszystko było na niej piękne; ozdoby, lameta, anielskie włosy i te białe, małe świeczki umieszczone w żabkach, przytwierdzonych do gałązek choinki. A na samym szczycie, ten ozdobiony dzwoneczkami czubek, tak wysoko pod sufitem. Tato stanął w pewnym oddaleniu, zawołał Mamę, która krzątała się w kuchni i razem patrzyli to na choinkę, to na nas. Tato zapytał; podoba się wam choinka ? spojrzał najpierw na Mamę, a potem na nas. Wszyscy odrzekliśmy z zachwytem, że tak. Ale czemu świeczki się nie palą, zapytałem. Tato odpowiedział: zapalimy je dopiero we wtorek, w wigilię, kiedy narodzi się mały Jezusek, a my zasiądziemy do wieczerzy, podzielimy się Opłatkiem, złożymy sobie życzenia, zaśpiewamy kolędy. A potem, jak będziecie grzeczni, to Gwiazdor przyniesie wam podarki. A co to będzie zapytała siostra ? Mama spojrzała na Tatę i odrzekła : to dzisiaj wielka tajemnica, na tę niespodziankę musicie poczekać do wtorku. Gdy tak podziwialiśmy przystrojoną choinkę, Tato przyniósł wykonany przez siebie żłóbek, przepięknie przystrojony watą na dachu, przez czerwone okienka dochodził blask żarówki. A w środku – na sianku leży mały Jezusek, przy kołysce Jego Mama – Maryja, w niebieskich szatach i Jego Tata – św. Józef. Są tam osiołek i wół, są baranki i pasterze. A na zewnątrz klęczą królowie i stoi dostojny wielbłąd. Na górze żłóbka, na zewnętrznej ścianie błyszczy brokatem gwiazda betlejemska, a pod nią dziwny dla mnie napis: „Gloria in excelsis Deo”. Siostra mi tłumaczy, że to znaczy „Chwała na wysokości Bogu”. I nadszedł wtorek 24 grudnia 1940 r. Dalej wszystko potoczyło się tak, jak Tato obiecywał. Najpierw spoglądaliśmy z siostrą w niebo, czy już widoczna jest pierwsza gwiazdka, a gdy ją dostrzegliśmy, głośno to oznajmiliśmy. Tato dokładnie zasłonił okna czarnymi, papierowymi roletami – bo to przecież obowiązek wprowadzony przez okupanta. Następnie zapalił świece na choince, Mama wnosiła na stół wigilijne potrawy. Pamiętam zupę rybną, kaszę z sosem grzybowym, makiełki. Ale dla nas dzieci, najważniejsze było to, co miało nastąpić po wieczerzy. Gwiazdor przyniósł nam piękne zabawki. Siostra otrzymała wykonany przez Tatę regał sklepowy z szufladkami, lalkę, która zamykała oczy, a ja, wykonaną przez Tatę kolejkę i kolekcję zwierząt leśnych i domowych. Radość nasza była ogromna. Mama z Tatą patrzyli na nas uśmiechnięci i szczęśliwi. Trwali we wzajemnym uścisku, bo przecież tak jak nas, kochali się wzajemnie wielką miłością. Mama spojrzała na Tatę i rzekła : dziękuję tobie za to wszystko, co dla nich przygotowałeś. Była bardzo szczęśliwa *).
*) Ale nie wiedziała, że to ostatnie, razem przeżywane święta.                 Za  2 miesiące nie mieliśmy już Ojca , po aresztowaniu przez Gestapo.  A czy tak było, jak tu opisałem. Tego nie pamiętam dokładnie. Zapewne tak przebiegło to nasze okupacyjne Boże Narodzenie A.D. 1940. I za to Wam Kochani Rodzice dziękuję, że w mroku okupacyjnej nocy stworzyliście nam prawdziwe, polskie, chrześcijańskie święta, których nigdy nie zapomnimy. Niech Wam Bóg wynagrodzi !

Na te szczególne dni Bożych Narodzin, przynieśmy sobie nawzajem w darze – szczere życzenia wzajemnej tolerancji, życzliwości, szacunku. Niech Ten, którego wkrótce powitamy, będzie dla nas na co dzień przykładem miłości dla bliźniego i nadzieją na pomyślny Nowy 2020 Rok. Uczyńmy także wszystko, by nasze życzenia wyszły poza okres świąteczny, by atmosfera i życzliwość towarzyszyły nam każdego dnia. Niech przesłanie płynące z wzajemnych życzeń, będzie dla nas drogowskazem na cały następny rok.

Janusz Marczewski

Wigilijne tęsknoty …

 

Do kraju tego, gdzie pierwsze ukłony są, jak odwieczne Chrystusa wyznanie:
‘Bądź pochwalony’! Tęskno mi, Panie ...”. Norwidowe tęsknoty ujawniają się szczególnie w czasie Wigilii i Świąt Bożego Narodzenia. To w tym szczególnym czasie, gdy sercem dotykamy Tajemnicy Wcielenia Syna Bożego, przychodzi tęsknota za miłością, za pokojem, za minionymi latami z dzieciństwa i młodości, za rodzinnymi stronami, tęsknota za tymi, którzy już od nas odeszli. Te wszystkie nasze ziemskie tęsknoty są bliskie każdemu człowiekowi dobrej woli. Nowonarodzone Dzieciątko Jezus niesie nam ukojenie, pocieszenie i błogosławieństwo wobec naszych ludzkich tęsknot.

Święta Bożego Narodzenia dla nas Polaków są najpiękniejsze, najbardziej oczekiwane, ciepłe, rodzinne i wyjątkowo celebrowane w polskiej i chrześcijańskiej kulturze. W naszym powszechnym odczuciu Święta Bożego Narodzenia są świętami najwyższymi rangą, zaś Wigilia, z którą związane są tradycyjne, rodzinne, wieczorne spotkania przy stole, jest uznana za wyjątkową. To niekiedy jedyne w roku spotkanie całej rodziny, podczas którego czujemy szczerą miłość, więź i postanawiamy być lepszymi. Wigilia to najpiękniejszy dzień w roku, to zapach choinki, suszonych grzybów, smażonego karpia, a przede wszystkim wspólna modlitwa, dzielenie się białym opłatkiem przy stole wigilijnym i składanie życzeń pełnych ciepła i miłości. A potem długa wspólna wieczerza, prezenty, śpiewanie kolęd, które budzą w naszych sercach nadzieję na lepsze jutro i wyprawa do kościoła na uroczystą pasterkę o północy.

Wieczorny czas Wigilii i dni świąteczne skłaniają nas również do wielu osobistych refleksji, zadumy, są okazją do wybaczenia, okazania sobie miłości, składania szczerych życzeń z głębi serca. Zazwyczaj w czasie świąt zastanawiamy się także nad minionym czasem. We wspomnieniach przebiegamy myślami co było dobre, a co było złe w mijającym roku. Zaiste, w życiu często bywa tak, że radość przeplata się z troskami, uśmiech – ze łzami w oczach, nadzieja tłamszona jest niepewnością jutra. Wszystkie te uczucia zapewne dotykają każdego z nas, mniej lub bardziej wierzącego. Zatem niech Święta Bożego Narodzenia, tak głęboko osadzone w naszej polskiej tradycji, spędzone w gronie rodziny i przyjaciół przyniosą nam otuchę, prawdziwą radość, pogodę ducha i upłyną w zdrowiu oraz w oderwaniu od codziennych trosk i zmartwień.

Przez ok. 17 lat spędzałem Wigilie i Święta Bożego Narodzenia z dala od Ojczyzny i rodzinnych stron, czas ten zawsze przynosił mi chwile zamyślenia, tęsknoty i nostalgii, tym bardziej że tam, gdzie przyszło mi żyć i pracować nie ma takich zwyczajów i tradycji świątecznych. W wielkich i zazwyczaj pięknych miastach Szwajcarii, Francji i Kanady uświadomiłem sobie pustkę i „blichtr wielkiego świata”. Tam nie wypatruje się pierwszej gwiazdki na niebie, tam tego nie znają, nawet mój współbrat w kapłaństwie nie czuje różnicy między „owym dziś, a wczoraj”. Tam wieczór 24 grudnia jest smutny i samotny. Tam nikt nie ma potrzeby zasiadania do uroczystej wigilijnej wieczerzy, każdy w swoim kącie popija coca-colę i przygryza cebulowe chipsy. Żyjąc na obczyźnie długie lata, ten magiczny wieczór był dla mnie tak długi, że aż bolesny. Gdy w porze mojego południa słyszałem za oknem dzwony kościoła z oddali, to uświadamiałem sobie, że właśnie w tej chwili moi bliscy, w mojej ukochanej Ojczyźnie zasiadają do wigilijnego stołu. W tej dokładnie chwili czułem przeraźliwy ból i serce wyrywało się z piersi. Szybko schodziłem do kaplicy, zatapiałem się na modlitwie, a łzy same spływały po policzkach, których tym razem nie musiałem się wstydzić.

Ktoś może zapyta – to jakie są np. kanadyjskie tradycje świąteczne? Musiałbym chyba rozczarować, bo naprawdę, w tym przypadku można raczej mówić o braku tradycji. Wigilia nie jest w ogóle obchodzona tak jak w Polsce, co więcej 24 grudnia wszyscy normalnie pracują i jedzą mięso. Kanadyjczycy natomiast 25 grudnia w rodzinnym gronie spożywają duży południowy posiłek, zazwyczaj jest to bardziej uroczysty obiad, z dobrym winem, po którym wręczają sobie prezenty. Popularną świąteczną potrawą jest gotowana szynka i pieczony indyk. Miejscowym zwyczajem jest także bardzo bogate dekorowanie domów najróżniejszymi lampkami, figurkami, mikołajami, jelonkami – po prostu obwieszają swoje posesje wszystkim, co się świeci, błyszczy, miga i jest kolorowe.

Wszystkim moim Rodakom, którzy mają szczęście, możliwość, przyjemność i radość spędzać rodzinnie, we wspólnocie nasze piękne i wzruszające polskie Wigilie i Święta Bożego Narodzenia, z głębi serca życzę wiele radości, niech pogoda ducha i uśmiech zagości w Waszych sercach i domach. Niech ogarnie Was ciepło świecy wigilijnej, a samotność odejdzie w nieznane. Niech Boże Dzieciątko zawsze Wam błogosławi, namaluje prawdziwy uśmiech na twarzach, a szczera miłość dotknie Waszych serc i przemieni Wasze wnętrza.

A ja w tamtych latach, zza oceanu, ze wzruszeniem słuchałem „Kolędę dla nieobecnych”:
„A nadzieja znów wstąpi w nas
Nieobecnych pojawią się cienie
Uwierzymy kolejny raz
W jeszcze jedno Boże Narodzenie (…)

Daj nam wiarę, że to ma sens
Że nie trzeba żałować przyjaciół
Że gdziekolwiek są dobrze im jest
Bo są z nami choć w innej postaci (…)

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole (…)”.

ks. Dariusz W. Andrzejewski

Pociąg „Życie”

YouTube PL

Jakiś czas temu ktoś przeczytał książkę, w której porównywano życie do podróży pociągiem….Lektura była wyjątkowo interesująca pod warunkiem, że została dobrze zinterpretowana… Życie nie jest niczym innym, jak podróżą pociągiem: składającą się z wsiadania i wysiadania…naszpikowaną wypadkami przyjemnymi, niespodziankami oraz głębokimi smutkami… Rodząc się, wsiadamy do pociągu i znajdujemy tam osoby, które chcemy, aby były zawsze podczas naszej podróży….naszych Rodziców. Niestety, prawda jest inna…Oni wysiadają na jakiejś stacji pozbawiając nas swojej czułości, przyjaźni i niezastąpionego towarzystwa… Jednak to nie przeszkadza, by wsiadły inne osoby, które staną się dla nas bardzo szczególne…Przybywają nasi bracia, przyjaciele i cudowne miłości…Wśród osób, które jadą tym pociągiem, będą takie, które robią sobie zwykłą przejażdżkę…Takie, które wywołują w podróży tylko smutek… oraz takie, które krążąc po pociągu będą zawsze gotowe do pomocy potrzebującym…Wielu wysiadając, pozostawi ciągłą tęsknotę….inni przejdą tak niezauważenie, że nie zdamy sobie sprawy, że zwolnili miejsce…Ciekawe jest, że niektórzy pasażerowie, którzy są przez nas najbardziej ukochani, zajmą miejsca w wagonach najdalszych ….Dlatego będziemy musieli przebyć tą drogę oddzielnie…bez nich…Oczywiście, nic nie przeszkadza, by w trakcie podróży porozglądać się – choć z trudnością – po naszym wagonie i dotrzeć do nich. Ale niestety, nie będziemy mogli usiąść przy ich boku, ponieważ miejsce to będzie już zajęte przez inną osobę…Nie ważne; ta podróż właśnie tak wygląda: pełna wyzwań, marzeń, fantazji, oczekiwań i pożegnań….Ale nigdy powrotów… A zatem, odbyjmy naszą podróż w możliwie najlepszy sposób…Próbujmy zawierać znajomości z każdym pasażerem, szukając w każdym z nich jego najlepszych cech…Pamiętajmy, że zawsze w jakiejś chwili w podróży, mogą oni mówić bzdury i prawdopodobnie będziemy musieli ich zrozumieć…Ponieważ nam również wiele razy będzie plątać się język i wtedy znajdzie się ktoś, kto nas zrozumie… Wielka tajemnica na końcu polega na tym, że nigdy nie będziemy wiedzieć na jakiej stacji wysiądziemy….ani gdzie wysiądą nasi towarzysze….ani nawet ten, który zajmie miejsce przy naszym boku…Zastanawiam się, czy kiedy wysiądę z pociągu poczuję nostalgię…wierzę, że tak…Oddzielić się od niektórych przyjaciół, z którymi odbywałem podróż będzie bolesne… Pozwolić, by moje dzieci pozostały same, będzie bardzo smutne…Ale chwytam się nadziei, że kiedyś przybędę na stację główną….i zobaczę jak przybywają z bagażem, którego nie posiadali przy wsiadaniu….Uszczęśliwi mnie myśl, że współpracowałem przy tym, by ich bagaż rósł i stawał się coraz bardziej wartościowy…. Mój przyjacielu, sprawmy, by nasz pobyt w tym pociągu był spokojny i wart starań….Postępujmy tak, by gdy nadejdzie chwila wysiadania, na naszym pustym miejscu pozostała tęsknota….i miłe wspomnienia, wywołujące uśmiech dla tych, co kontynuują podróż…Tobie, gdyż jesteś częścią mojego pociągu życzę

SZCZĘŚLIWEJ PODRÓŻY !!!

Chwalcie łąki umajone, góry, doliny zielone…..

Ten przepiękny miesiąc, dar Stwórcy, zasługuje na naszą, nieprzemijającą wdzięczność za wszystko, co z tym miesiącem jest związane. Chciałoby się, by „cieniste gaiki, źródła i kręte strumyki, swym wdzięcznym mruczeniem i ptasząt słodkim kwileniem” towarzyszyły nam zawsze swym majowym wydźwiękiem, i niosły nadzieję i siłę na wciąż odradzające się życie. Słowa tej wyrazistej, majowej pieśni XIX.wiecznej – autorstwa poety – jezuity ks. Karola Antoniewicza, która zdobyła popularność wraz z rozpowszechnieniem się nabożeństwa majowego, wzywają nas, byśmy wszyscy włączyli się poprzez jej śpiew w uwielbienie Matki Boga, korony Jego dzieł, Pani nieba i ziemi. Czynimy to w tym miesiącu poprzez udział w nabożeństwach majowych, które najlepiej oddają naszą wdzięczność za Boże dzieła słowami tej pieśni. Dziękując Bogu za miesiąc maj, możemy właściwie dziękować za każdy dzień, który dał nam Pan, i który przynosi nam i uzmysławia wartość Bożego daru.
• Dziękuję Tobie Boże za majowe święto Królowej Korony Polskiej, które za sprawą ślubów króla Jana Kazimierza, możemy teraz bez przeszkód obchodzić.
• Dziękuję Tobie Boże za 18.dzień miesiąca, w którym ujrzał świat św. papież Jan Paweł II, ale i moja śp. małżonka.
• Dziękuję Tobie Boże za dzień Wniebowstąpienia Twego Syna – naszego Pana Jezusa Chrystusa.
• Dziękuję Tobie Boże za zesłanie Ducha Świętego i odnowienie oblicza naszej ziemi, za sprawą zawołania papieża Jana Pawła II.
• Dziękuję Tobie Boże za kwitnące kasztany, które wyznaczyły czas mej matury.
• Dziękuję Tobie Boże za 25.dzień maja, w którym przed 70.laty przyjąłem sakramenty I Komunii św. i Bierzmowania.
• Dziękuję Tobie Boże za mą ukochaną Matkę i jej majowe święto, za złote ręce, które poprzez jej orędownictwo prowadzą mnie po ziemskiej drodze.
• Dziękuję Tobie Boże za śpiew ptaków, zapach bzu i konwalii, za budzącą się przyrodę, która wlewa w nasze serca i umysły ożywiającą moc trwania.
• Dziękuję Tobie Boże za wszystko, co uczyniłeś, byśmy uwierzyli w Twe Zmartwychwstanie, które miesiąc maj tak znacząco nas utwierdza za sprawą budzącego się życia.
Zapewne każdy z nas mógłby w tym miejscu dopisać swe dziękczynienie, gdyż miesiąc maj daje nam wszystkim moc zwiększającą nasze duchowe doznania i pogłębia naszą wolę trwania wbrew przeciwnościom losu. Obyśmy tylko nie zwątpili w zbawczą moc Bożego przesłania, który dał nam tyle dowodów swej – do nas – miłości, i czyni to nadal, i obyśmy potrafili to dostrzegać.

Na majowych drogach naszego życia, dzieje się zawsze tak wiele dobrego. Pamiętajmy o tych dniach, niech one niezmiennie przypominają nam te ważne etapy naszego życia, które kształtowały naszą osobowość, niech nadal każą nam pamiętać, że młodość, którą kojarzymy z majem przemija, lecz serca nasze mogą pozostać młodymi, jeżeli tylko o to zadbamy, bo przecież za rok znowu będzie maj.

Janusz Marczewski

Cykl spotkań “Przebudzeni duchowo. Spotkania trzeźwościowe”

Na których swoimi doświadczeniami trwania w trzeźwości będą dzieliły się znane publicznie osoby. Spotkania będą formą pokazania pozytywnych zmian sposobów życia. Z naszych doświadczeń prowadzenia wspólnoty, wieloletniej współpracy spółdzielni z osobami uzależnionymi wynika, iż świadectwa osób, którym udało się pozytywnie zmienić swoje życie pomimo uzależnienia, oraz spotkania z nimi bardzo motywują uzależnionych i ich bliskich do trwania w trzeźwości. Główny nacisk chcemy położyć na znaczenie duchowości i wiary w tym procesie. Spotkania maja także pomóc w zerwaniu ze stereotypem osoby dotkniętej alkoholizmem czy narkomanią – pokazać, że uzależnienie jest chorobą „demokratyczną”, na którą narażeni są ludzie z różnych środowisk, zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Zakładamy, że spotkania będą odbywać się przeciętnie raz w miesiącu. Każde z nich będzie trwało około 2 godzin. Będą one składały się z 2 części. W pierwszej zaproszony gość będzie dzielił się swoimi doświadczeniami życia z chorobą, trwania w trzeźwości, w drugiej części, którą moderował będzie doświadczony terapeuta, uczestnicy będą mogli zadawać pytania, dyskutować. Do udziału w spotkaniach będziemy zapraszać wszystkich mieszkańców województwa kujawsko-pomorskiego oraz archidiecezji gnieźnieńskiej dotkniętych problemem uzależnienia od alkoholu i ich rodziny.
Zakładamy, że owocem tego projektu będą regularne spotkania osób uzależnionych, które poprzez rozwój duchowości będą chciały umacniać się w trzeźwości.
Spotkania mają odbywać się w soboty (raz w miesiącu) wg następującego ramowego harmonogramu:
12.00 Msza św.
13.00 Obiad
14.00 Świadectwo
15.00 Moderowana dyskusja

Pierwsze spotkanie odbędzie się 25 czerwca (początek godz. 12.00). Gościem będzie raper Dobromir Makowski z Pabianic.

Świadectwo – rola rodziców i chrzestnych

Rzecz jasna, że w starożytności, gdy chrztu udzielano zazwyczaj
dorosłym ludziom, ich rodzice nie odgrywali w tym wydarzeniu
wielkiej roli. Znacząca jednak była rola tych, których nazwalibyśmy
dzisiaj rodzicami chrzestnymi. I może od nich zacznijmy. Kiedy
dorosły człowiek podejmował decyzję o zostaniu chrześcijaninem,
prosił o włączenie go do grona katechumenów. Wspólnota chrześci-
jańska miała prawo domagać się, by ktoś za niego poręczył i zaświad-
czył o szczerości jego zamiarów. Także by wziął odpowiedzialność
za jego przygotowanie do chrztu, zadbał o późniejszy wzrost wiary
i wierność wierze. Taki człowiek stawał się więc swego rodzaju ojcem
w wierze dla kandydata do chrztu. Stąd właśnie wzięli się chrzestni.
I choć oryginalnie była to jedna osoba (warto wspomnieć, że według
prawa kanonicznego nadal wymagany jest tylko jeden chrzestny)
z czasem ukształtował się zwyczaj wybierania dwóch osób – kobie-
ty i mężczyzny na wzór biologicznych rodziców. Zwyczaj ten nieco
spłycił wymowę roli chrzestnych, pojmowanych jako swego rodzaju
honorowych rodziców, na których wybieramy osoby, jakie pragnie-
my szczególnie wyróżnić. Często zapomina się o tym, że zadaniem
chrzestnych nie jest honorowe ani zastępcze matkowanie, lecz dawa-
nie chrześniakom wzoru wiary i troska o duchowe ich życie. Dlatego
Kościół stawia chrzestnym wysokie wymagania, oczekując od nich
dojrzałej wiary i życia sakramentalnego. Nauczyć można bowiem
tylko tego, co samemu się umie, a przekazać można tylko to, co
samemu się posiada. Trudno uczyć wiary, którą się nie żyje albo do-
magać się postępowania, jakiego samemu się nie praktykuje. O tym
powinni pamiętać wszyscy kandydaci na chrzestnych, kiedy publicz-
nie deklarują swe zobowiązania.
Warto wspomnieć przy okazji, o tak zwanym świadku chrztu.
Osoba, która jest chrześcijaninem innego wyznania, może pełnić
taką rolę – nie podzielając w pełni wiary Kościoła katolickiego, nie
może być rodzicem chrzestnym w pełnym słowa znaczeniu, może
jednak na pewien sposób wspierać duchowy rozwój chrześniaka
i być dla niego wzorem więzi z Chrystusem. Wybieranie jednak na
świadków chrztu katolików, którzy nie mogą być chrzestnymi ze
względu na nieprawidłową sytuację małżeńską, wydaje się bardzo
wątpliwą próbą omijania prawa.
Pora teraz na rodziców. To oni w dniu ślubu zobowiązali się
„przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym ich Bóg ob-
darzy”. Przyjmując więc odpowiedzialność za wiarę swoich dzie-
ci, nie czynią czegoś nadzwyczajnego, lecz jedynie wypełniają to
zobowiązanie. Małe dzieci zostają ochrzczone na mocy wiary ich
rodziców i na mocy prośby rodziców o chrzest. Nie przez przypa-
dek przed samym udzieleniem chrztu kapłan pyta raz jeszcze rodzi-
ców, niejako się upewniając ostatecznie, czy chcą, aby ich dziecko
zostało ochrzczone. Bez tej zgody, bez tej prośby chrztu nie wol-
no udzielić. Nie tylko jednak o formalną zgodę chodzi. Chodzi
o to, że głównymi nauczycielami wiary są i powinni być rodzice.
Dziadkowie, katecheci, duszpasterze mają jedynie pomagać, ale
nie mogą ich zastępować. Więcej: nie są w stanie zastąpić rodzi-
ców, jeśli wiara ma być dla dzieci duchowym językiem ojczystym.
Rodzic nie może być jak tatuś, który stoi na pomoście i tłumaczy
zanurzonemu w wodzie synowi, jak należy pływać. Wiary nie da
się przekazać teoretycznie – tak, jak teoretycznie nie da się nauczyć
pływać ani jeździć na rowerze. Obowiązuje tu ta sama zasada, co
przy chrzestnych: nauczyć mogę tylko tego, co sam umiem i dać
mogę tylko to, co sam posiadam. Odpowiedzialność jest jednak
o wiele większa niż odpowiedzialność chrzestnych. Zatem i rodzi-
ce, i chrzestni pamiętajcie: najlepsze co możecie zrobić dla swoich
dzieci i chrześniaków to zadbać o własną wiarę i własne duchowe
życie. Wtedy nie będziecie teoretykami.

Świętych Aniołów Stróżów – święto nas wszystkich

Trafiłem na stronę wortalu „Tajemnica miłości” i tam przeczytałem, że „każdy człowiek – bez względu na wyznawaną wiarę – rodzi się z przydzielonym mu Aniołem Stróżem (każde państwo świata również ma własnego Anioła Stróża). Co ciekawe, każdy jeden Anioł Stróż jest inny – zarówno jeśli chodzi o wygląd, jak i o swoje możliwości duchowe”. A jak wygląda ten mój Anioł Stróż ? I tu chciałbym się podzielić moim osobistym doświadczeniem. Jest rok okupacji hitlerowskiej, w kalendarzu 1942. W Poznaniu czynne są tylko dwa kościoły – Matki Boskiej Bolesnej na Łazarzu i Świętego Wojciecha . W niedzielę 26. lipca, zapewne Mama wcześnie nas obudziła – chyba gdzieś koło 5.00 rano. Wraz z ciocią Joanną Barabasz i mą siostrą Krystyną udaliśmy się na Mszę św. odprawianą o godz. 6.30 do Kościoła Św. Wojciecha. Zapewne jechaliśmy tam tramwajem, choć tego nie pamiętam. Na tej właśnie Mszy św., nieznajoma Pani podarowała mi – wtedy nieco ponad pięcioletniemu dziecku – zamieszczony obok obrazek z wizerunkiem Anioła Stróża. Ten obrazek, który do dziś dnia posiadam, i który noszę „przy sobie”, towarzyszy mi przez wszystkie dni dorosłego życia. Jak mogę dzisiaj ten fakt skomentować ? Może to właśnie mój Anioł Stróż, który mnie ochrania każdego dnia mego życia. I niech tak pozostanie. Jak każdy człowiek, na przestrzeni mego życia, doświadczałem najróżniejszych sytuacji, które dzisiaj, po tylu latach, mogę i chcę odczytywać jako niezaprzeczalną opiekę mego Anioła. Może to On wówczas, posłużył się tą nieznajomą osobą, by uświadomić mi, że jestem pod Jego opieką. Nieznana mi ofiarodawczyni – dziękuję Tobie za ten dar. Minęły już 73.lata od tamtego dnia, ale niech to wspomnienie potwierdza ten fakt i będzie wyrazem mojej wdzięczności.
Janusz Marczewski